Wydra w sidłach
Nie jestem tym, za kogo bym się zabić dał
Pierwszą swoją płytę dedykowałeś „loży szyderców”. Komu dedykujesz drugi krążek, który ma się ukazać lada chwila?
Prace nad płytą są ukończone w 90 procentach. Dlatego nie chcę jeszcze zdradzać ani tytułu ani dedykacji, aby nie zrobić falstartu zanim wszystko nie będzie dograne.
Wobec tego, kto należy do „loży szyderców”?
Wszyscy ci, przez których przemawia zazdrość i zawiść. Takich ludzi w branży muzycznej nie brakuje.
Może jakieś nazwiska wymienisz?
Lista jest długa. Za dużo czasu straciłbym na ich wymienianie.
Co robiłeś, zanim stałeś się idolem?
Muzyka była ze mną od zawsze, ale żeby przeżyć, imałem się różnych zajęć. Byłem dyrektorem muzycznym w lokalnym radiu REKORD. Pracowałem w sklepie z odzieżą. Byłem ochroniarzem. Ale nie odpowiadało mi dać się zabić za 2,70 brutto. A niewiele brakowało. Dostałem prądem z paralizatora i przez dwa tygodnie leżałem sparaliżowany. Więcej do tego zajęcia nie wróciłem. To ciężka robota.
Praca muzyka do lekkich chyba też nie należy.
Nie, nie należy. Dla niektórych przypomina to wchodzenie ludziom w dupę. Ja tego nie robię, nienawidzę tego. Dlatego jestem w miejscu, w którym jestem.
A w jakim jesteś?
Nagrałem ze swoim zespołem jedną płytę. Wkrótce ukaże się drugi krążek. Jako jedyny z laureatów do dzisiaj nie podpisałem kontraktu z żadną wielką wytwórnią płytową, co było nagrodą.
Dlaczego? Może to był błąd?
Bo okradać wolę się sam.
Ktoś Cię okradł?
Nie chciałbym o tym rozmawiać. Może kiedyś.
Bycie laureatem „Idola” pomaga czy przeszkadza w karierze?
Jest i tak, i tak. „Wielcy” tego świata szydzą, drwią. Ale to dowodzi, że się boją, czują na plecach powiew nowej fali. Z drugiej strony, za swoim zespołem Carpe diem (sic!) przez dwanaście lat waliliśmy głową w mur. Po „Idolu” mur się nie zawalił, ale trochę odpadł tynk. Mur przebijamy dalej. Szanuję jednak ten program, bo spowodował na naszym skostniałym rynku muzycznym jakiś powiew nowości.
Jakoś mało przekonująco to zabrzmiało.
Gdybym cofnął się w czasie, poszedłbym jeszcze raz do „Idola”, „Szansy na sukces”. Może zabrzmi to paradoksalnie, ale żałuję jednak, że takie programy istnieją. Dowodzi to, że polski rynek jest beznadziejny, jeśli chodzi o pomoc debiutantom.
Przecież takie programy mają właśnie ułatwić start młodym wokalistom i muzykom.
Pójście do takiego programu to już jest desperacja. Tak nie powinno być.
Po programie nie rozpocząłeś solowej kariery, tylko wróciłeś do zespołu Carpe diem.
Ja nigdy z niego nie odszedłem. Szymon Wydra jest osobą lojalną wobec tych, którzy są lojalni wobec niego. Mój udział w programach był w jakimś celu, który nazywa się Carpe diem.
W show-biznesie ponoć nie ma czasu na jakieś sentymenty.
Dlatego ja mam go w głębokim poważaniu. Nienawidzę słów gwiazda, show-biznes, kariera.
Ale są chyba jakieś jasne strony tego, co robisz? Ponoć nie możesz odgonić się od fanek. Dziewczyny czyhają na Ciebie?
(śmiech) Z tym bywa różnie. Do spraw damsko – męskich podchodzę z olbrzymim dystansem i rezerwą. Jestem nieufny nie podwójnie, ale potrójnie. Nie chciałbym, aby moja dziewczyna widziała we mnie tylko muzyka, idola, gdzieś tam znanego, którym będzie się chwalić przed koleżankami.
Znajoma mi kiedyś mówiła, że kobiety o takich mężczyznach, jak Ty mówią: dobry na romans, fatalny na życie.
Napisałem kiedyś taki tekst, w którym jest zdanie: „Nie jestem tym, za kogo bym się zabić dał”. Nie jestem święty. Każdy ma jakieś zady i walety (śmiech). Ja też je mam.
Czy zostałeś już usidlony?
Czasami pojawiają się propozycję od jakiejś fanki, żebym został ojcem jej dziecka. Była też propozycja zostania ojcem chrzestnym. Jest ktoś, o kim myślę. Ale nie zdradzą kto to, dopóki nie zostało to jeszcze przypieczętowane.
A co z zawołaniem rockmanów: seks, drugs and rock’n’roll?
To mrzonki, może kiedyś tak było. Historie o jakichś dzikich imprezach znam tylko z opowieści. W moim przypadku jest tylko rock’n’roll. No i czasami seks. Narkotyki omijam bardzo szerokim łukiem.
Rozmawiał Adam Lisz