Coś nam w duszy grało, ale jeszcze nie wiedzieliśmy co - tak o początkach kariery muzycznej mówi Szymon Wydra, wokalista zespołu Carpe Diem
Pochodzisz z Radomia i tam mieszkasz. Lubisz swoje miasto?
- Bardzo lubię swoje miasto i często to podkreślam. Gdziekolwiek jesteśmy na ogólnopolskich przedsięwzięciach muzycznych, to w wolnej chwili zawsze pozdrawiamy Radom. Nie wstydzimy się swojego miasta, choć niektórzy mówią, że jest ono skazane na porażkę za pamiętne rozruchy solidarnościowe, które narodziły się w Radomiu i Ursusie. W sumie do tej pory Radom dostaje w tyłek za tamte lata. Ale cóż? Trzeba być dumnym z tego, że akurat tam wiele rzeczy się zaczęło.
Wejdźmy na ścieżkę muzyczną. Czy Nadzieja była dla Ciebie pierwszą przygodą ze śpiewaniem, graniem?
- Nie. Po pierwsze muzyka nie jest przygodą. Nie jest czymś na jedną noc. Jestem z nią za pan brat od ósmego roku życia, czyli 24 lata, a Nadzieja była jakby jednym z etapów mojego życia.
Co się stało, że zmieniłeś kierunek? Był punk, a teraz jest rock?
- Tak już jest, że jeśli ktoś nie umie grać, to gra punka. My jeszcze wtedy uczyliśmy się grać. Byliśmy swoistymi łobuzami na instrumentach. Coś nam w duszy grało, ale dobrze nie wiedzieliśmy, o co w tym wszystkim chodzi. A ponieważ zawsze byliśmy optymistami, nazywaliśmy się Nadzieja. Później, kiedy trzeba było zająć się muzyką na poważnie, w 1992 roku założyłem Carpe Diem.
Wiem, że nudzą Cię pytania o program "Idol", "Szansa na sukces". Było, co było, ale...
- Dobrze było.
...czy poczułeś się wtedy bardziej popularny?
- Na pewno. "Szansa na Sukces" dała społeczeństwu okazję do poznania mnie jako muzyka, natomiast "Idol" umożliwił poznanie mnie od strony prywatnej, ludzkiej. To, że już potrafiłem śpiewać, dało się chyba zauważyć od razu. W tym programie było około 10 tysięcy uczestników. Ja dostałem się do pierwszej trójki pierwszej edycji "Idola", który tak naprawdę był totalnym nokautem dla wszystkich innych stacji telewizyjnych. To uważam za sukces. A skoro dałem się poznać od strony czysto ludzkiej, to zaraz pojawiła się moja pierwsza płyta. Natomiast chciałbym zaznaczyć, że droga, którą do tej pory pokonałem, sprawiła, że stałem się bardziej odporny psychicznie na "rekiny" czyhające, ażeby wspiąć się po naszych plecach. Nie dopuścimy dla tego z szacunku do naszych fanów.
To nieuniknione, że po występach w programach telewizyjnych stajemy się popularni, ludzie rozpoznają nas na ulicy, proszą o autograf, chcą zrobić pamiątkowe zdjęcie. Kiedy Ty, jako Szymon Wydra, przekonałeś się na własnej skórze, że jesteś już rozpoznawalny?
- To był 2002 rok i totalny szok. Szedłem rano ulicą do sklepu po świeże bułki, a ludzie jeszcze w podomkach stali na balkonach i widząc mnie zbiegali całymi rodzinami w tych szlafrokach, żeby dostać autograf. To było aż nienormalne, ale niezwykle przyjemne.
W ubiegłym roku znaleźliście się w finałowej piątce walczącej o sopockie słowiki. Wygrała grupa Feel. Czy było to dla Was bolesną porażką, czy po prostu nauką życia?
- Nie chcę, aby to zbyt buńczucznie zabrzmiało, ale istniejemy 16 lat i z niejednego pieca chleb jedliśmy. Muzyka to nie jest sport. To nie są wyścigi. Muzyka to jest moja miłość, która do tej pory mnie nie zdradziła. Udało nam się dostać do finału z piosenką "Gdzie jesteś dziś", która jest kompletnie niefestiwalowym utworem. Byłem przygotowany na to, że nie dostaniemy się nawet do pierwszej setki z tym utworem. A jednak znaleźliśmy się z nim w pierwszej piątce. Tym samym mogliśmy wystąpić na deskach Opery Leśnej, które pamiętają Ciechowskiego, Zauchę, Niemena i wielu innych, do których nam bardzo daleko. Dlaczego więc miałbym traktować to jako porażkę?
Cenisz wolność, niezależność. Jeden z ogólnopolskich dzienników cytował to nad wyraz. Czy owe poczucie wolności wyzwala w Tobie muzyka?
- Wiele rzeczy ma na to wpływ, ale przede wszystkim muzyka. Zresztą to widać w moich tekstach. Nie ma w nich żadnej ściemy.
Co jest Twoim marzeniem?
- Być szczęśliwym.
W sensie?
- W każdym sensie. A wiesz czym jest szczęście?
Zaskoczyłeś mnie pytaniem. Czuję się przyparty do muru, ale wydaje mi się, że szczęście jest czymś, co dzieje się zgodnie z moją myślą.
- Dla mnie szczęście jest brakiem nieszczęść. I chciałbym mieć już tak do końca.
Pomijając muzykę. Niemal każdy facet uwielbia tematykę motoryzacyjną, więc zapytam najpierw, czy masz prawo jazdy?
- Tak. Mam i już przeżyłem siedem aut. Zaczynałem od malucha, któremu wypadały światła. Jak zahamowałem to samochód zatrzymywał się, a światła jechały dalej. Zabawne auto.
Siedem aut, to chyba nie znaczy, że wszystkie rozbiłeś?
- Nie, ale bywało. Na swoim koncie mam zderzenia czołowe.
Jeśli to nie tajemnica, to czym jeździsz na co dzień?
- Teraz? Samochodem.
Rozumiem że marka ma być tajemnicą. Powiedz zatem, czy masz swój wymarzony samochód?
- Nie mam ciśnienia odnośnie auta. Dla mnie ważne jest, żeby było dobre i bezpieczne. Takie, które pozwoli mi być w wielu miejscach naraz. I które da mi gwarancję, że przejadę nim bezpiecznie 500 czy 600 km i się nie zabiję.
Krótko. Co sądzisz o polskich kierowcach. Czy są dobrzy?
- Nie ma dobrych kierowców. Wiesz, czemu jeszcze żyję?
Trudne pytanie, nie wiem.
- Bywa, że robię 2500 km w weekend. Więc ruszając w trasę, każdego potencjalnego użytkownika drogi traktuję jak mordercę. Kogoś, kto wyjechał specjalnie po to, by mnie stuknąć. Jakbym tak nie myślał i ufał każdemu kierowcy, to już byśmy nie rozmawiali tutaj ze sobą.
Ok. Jeszcze krótkie pytanie, niezwykle ważne dla Twoich fanów. Kiedy następna płyta?
- Znowu to zabrzmi buńczucznie, ale cierpimy na problem bogactwa pomysłów muzycznych. Tak naprawdę już możemy nagrywać płytę. Jednak nagram ją, gdy będę miał coś nowatorskiego dla samego siebie do powiedzenia. Może to się stanie jutro, za rok, a może za 10 lat. Wydaliśmy płytę "Teraz wiem" i wydawałoby się, że powinniśmy kuć żelazo póki gorące. Ale na tę płytę fani czekali trzy lata.
Rozmawiał Arkadiusz Michalewicz