Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Amator

 - rozmowa z Szymonem z Cogito (nr 14/ 2005)

Trzeci finalista I edycji Idola i dwukrotny laureat Szansy na sukces (wyróżnienie i I miejsce). Radomianin. Marzyciel spod znaku Ryb. Lubi piłkę nożną i szybką jazdę samochodem.

Pierwszą płytę – “Teraz wiem” – zadedykował “loży szyderców”, czyli tym, którzy potrafią tylko krytykować. Druga płyta – niebawem.

Muzyk – to Twój styl życia czy zawód?

Jeżeli styl życia i bycia dopasowujesz do stylu muzyki, jaką wykonujesz, to jest to kanał. Bo publiczność pozna, że nie jesteś prawdziwy, że grasz muzykę rockową, więc zapuściłeś włosy, a tak naprawdę, to chciałbyś pochodzić w dresie. Dla muzyka to śmierć. Zgon artystyczny. To musi być w tobie od dziecka. Zmieniać się razem z tobą. Muzykowanie wiąże się z pewnym stylem życia. Koncerty, wyjazdy, życie w ciągłej trasie, na walizkach. Nie wszyscy się do tego nadają. Jedni wolą prowadzić nieustabilizowany tryb życia, a inni wiedzieć, co będzie jutro o 15, 17, 19. U mnie wszystko zmienia się teraz jak w kalejdoskopie. I marzę, żeby trwało to wiecznie, bo chciałbym odpocząć, jak będę miał 70 lat. Ale nie wiem, co będzie jutro. Niestety, jeśli chodzi o działania artystyczne, w naszym kraju wciąż jest niepewnie, nie masz gwarancji, że skoro dziś masz koncert, to jutro też będziesz mieć. Dlatego boję się mówić, że to mój zawód, raczej profesja. Bo w niej mieści się i pasja, i zawód. Powiem tak: jestem miłośnikiem muzyki. Amatorem.

 

Dajesz pożywkę “loży szyderców”. To słowo wciąż ma złe konotacje.

Dzisiaj ludziom błędnie kojarzy się amator. Jako ktoś, kto nie umie. A znaczy przecież – miłośnik. Ten, kto kocha. I jeżeli ktoś mówi, że Szymon Wydra jest amatorem, to nawet nie wie, że mówi mi komplement. I to jaki!

 

Pytam, bo z wykształcenia jesteś gitarzystą klasycznym. Edukację zakończyłeś jednak na szkole muzycznej. Nie myślałeś o studiach?

Ja studiowałem muzykę – można tak powiedzieć – od zawsze. Zespół Carpe Diem założyłem w 1992 roku. Zanim zgłosiłem się do Szansy na sukces i Idola, siedziałem już od wielu lat w branży, miałem za sobą koncerty w całej Polsce i występy z czołówką naszej sceny muzycznej. Przez cały ten czas uczyłem się muzyki. Codziennie to robię, na swój sposób. Owszem, szkoła może pomóc ziścić się marzeniom, ale to ty masz być zdeterminowany, znać swoją drogę, nie czekać na coś, co da ci los. Znam naprawdę masę ludzi, którym marzenia już prawie się spełniły albo były w trakcie realizacji, ale oni sami nie byli przygotowani psychicznie na taką sytuację, podchodzili z pewnym niedowierzaniem – “O Boże, zaraz to się stanie. I co ja zrobię?”. I wtedy rozgrywają się ludzkie dramaty, wychodzi na jaw, że nie masz pomysłu na siebie. Musisz jakiś mieć! I musisz pomóc spełnić się swoim marzeniom. Jeśli jesteś gotowy podjąć wyzwanie, to masz swoje życie w garści. Jesteś panem sytuacji i nikt nie zdoła zrobić ci krzywdy. Trzeba w siebie wierzyć. Wiara naprawdę przenosi góry.

 

Zawsze tak myślałeś? Trudno Ci było wyżyć z samej muzyki. Musiałeś podejmować się różnych zajęć. Byłeś sprzedawcą w sklepie, ochroniarzem, kolporterem ulotek...

...Serwisantem mebli biurowych i kierowcą wózka widłowego w firmie odzieżowej. Zawsze poszukiwałem pracy rozwojowej, ale wiadomo: jak się nie ma co się lubi... To nauczyło mnie pokory. I szacunku dla każdej pracy. Nie wolno się poddawać. Trzeba szukać wyjścia z każdej sytuacji.

 

Tylko jak?

W takich właśnie momentach może człowiekowi pomóc pasja. Nieważne jaka – zbieranie bursztynów, niebanalnych puszek, malowanie butelek, pomidorów, filatelistyka czy choćby wędkarstwo. Ja mam muzykę. To moja kobieta, moja pierwsza miłość, która mnie do tej pory nie zdradziła. Mieliśmy gorsze i lepsze dni. Ale jesteśmy sobie wierni. Przez cały czas wymyślałem piosenki, więc, moim zdaniem, nie traciłem czasu. Pasja jest potrzebna. Jest gwarancją, że nawet jeśli będzie ci bardzo źle na sercu, nie trafisz pod budkę z piwem. Zawsze masz ten odlot.

 

Co dodawało Ci skrzydeł?

Jedna z najpiękniejszych nagród spotkała mnie po Szansie na sukces, gdzie zaśpiewałem, jak zwykle – po swojemu, piosenkę Ryszarda Rynkowskiego. Po programie podszedł do mnie i zapytał: “Panie Szymonie, czy będzie miał mi pan za złe, gdy usłyszy pan, jak śpiewam »Dary losu« w pańskiej interpretacji?”. To było dla mnie o wiele ważniejsze niż wygrana. Odpowiedziałem, że będę się czuł zaszczycony i podaliśmy sobie grabę.

 

Wybierałeś studia związane z mediami. To próba wdarcia się w scenę od kulis?

Zawsze interesował mnie show – biznes. Dlatego postanowiłem zdawać do Wyższej Szkoły Show – businessu w Warszawie. Klasa była jedna, z całego kraju przyjęto 20 osób. Byliśmy wręcz elitarni. Edukacja trwała rok, bo show – biznes zmienia się co rok. Jutro już będzie inny, więc wiedza jest podstawowa, tylko fundamenty, budować musisz już sam. Napisałem pracę dyplomową, która przez ówczesnego rektora została oceniona na pięć, ale z braku kasy nie podszedłem do obrony. A ponieważ w parze z show – biznesem idzie dziennikarstwo, zdałem do Wyższej Szkoły Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Radomiu. Można było zrobić tylko licencjat, ale zachodziło prawdopodobieństwo, że dyplomy nie będą honorowane przez inne uczelnie. Ja nazywam to mamieniem ludzi. Zrezygnowałem. Po pierwsze – miałem wątpliwości co do struktury tej szkoły, a po drugie – nastąpił akurat boom na moją osobę. I nie mogłem zaprzepaścić tej szansy.

Carpe diem? 

No, proszę cię, jest tak ciężko! W momencie, kiedy mogliśmy nagrać płytę, nic nie było ważniejsze. Dążyliśmy do tego tyle lat i wreszcie nasze marzenia mogły się ziścić. Zrobiliśmy, co w naszej mocy, czego dowodem są dzisiaj dwa przeboje – “Pozwól mi lepszym być” i “Teraz wiem – Carpe Diem”. A już niedługo wyjdzie nasza kolejna płyta. Nie chcę zmarnować tej szansy. Jestem muzykiem, na szkołę zawsze przyjdzie czas. Broń Boże, ja od niej nie uciekam, tylko myślę, że w życiu na wszystko jest czas. Przyjdzie i na skończenie dziennikarstwa.

 

Masz praktykę. Byłeś radiowcem. Wrócisz kiedyś na antenę?

Muszę przyznać, że w radiu się realizowałem. Byłem redaktorem muzycznym w radomskim Radiu Rekord, a jako muzyk podchodziłem do tego zadania bardzo ambicjonalnie. Tu znowu powraca temat pomysłu na siebie. Ja lubię mikrofon. Mogę się spełnić albo przez zespół i scenę, albo przez radio. Kto wie? Może kiedyś wrócę do dziennikarstwa radiowego, bo ten rodzaj kontaktu ze słuchaczami bardzo mi odpowiada. W ogóle kontakt z ludźmi jest dla mnie bardzo ważny.

 

Szybko ich „kupujesz”. Jak to robisz?

Każdy człowiek jest inny, ale jeżeli nie podchodzisz do niego przedmiotowo, to jesteś w stanie wgryźć się w jego wrażliwość, estetykę życiową i po prostu go zrozumieć. W sezonie koncertowym, gdy Carpe Diem sporo grywa w całym kraju, często podchodzą do mnie dziennikarze i pytają: ” Panie Szymonie, jak się panu grało w naszym mieście? Bardzo dobrze? Podoba się panu to miasto?”. Ja na to, że bardzo. „Jak to, dlaczego?. Po pierwsze jest brzydkie, po drugie zapomniane przez cały świat, a po trzecie – przyjechał pan godzinę przed występem, to jak pan może mówić, że się tu panu podoba?”. A ja, mówiąc: miasto – myślę: ludzie. Bo to dla nich gram. Co mnie obchodzą jakieś budynki? Są takie jak wszędzie. Ludzie są najważniejsi. I odpukać, w 99 procentach, podobało mi się tam, gdzie grałem.

Dzięki muzyce nie tracisz też kontaktu ze środowiskiem akademickim.

Kiedyś przez 4 lata, razem z gitarzystą Carpe Diem – Zbyszkiem Suskim, grałem w pubach i klubach studenckich, by zarobić na chleb. Dziś głównym naszym odbiorcą jest właśnie brać studencka. Taka młodzieżowa inteligencja. I to jest fajne, bo chociaż Carpe Diem jest teraz mocno osadzony w muzyce rockowej, to wyrasta z poezji śpiewanej. Nie będę się tego nigdy wyrzekał ani wstydził. Wręcz przeciwnie – jako tekściarz jestem z tego powodu dumny. Bo dla mnie zawsze bardzo ważne było słowo. Nawet na banalne tematy staram się spojrzeć w niebanalny sposób. A studenci odczytują to tak, jakbym sobie tego życzył.

 

Widzą w Tobie idola?

Umówmy się – nie ma gwiazd. Każdy ma swoje miejsce na ziemi. Bo kto to jest gwiazda? Dla mnie, jako muzyka, gwiazdą może być piekarz, bo gdyby nie jego chleb, to ja bym nie miał co jeść i nie napisałbym takiej czy innej piosenki. Ale jeżeli ktoś widzi we mnie idola, to OK, pod warunkiem że naśladuje tylko moje dobre strony. A ja jestem w moich tekstach. Prawdziwy ja. Dlatego zapraszam do wysłuchania naszej twórczości, nie chcę, żeby zabrzmiało to jak reklama, kto będzie chciał, to ją znajdzie. Ale, mimo że nie uznaję gwiazd, muszę przyznać – Carpe Diem nie jest dla każdego. Nie gramy dla osób, które widzą tylko czubek własnego nosa, ale dla tych, którzy potrafią się zatrzymać i spojrzeć na innych, nie gonią za czymś non stop. Dla tych, którzy potrzebują uśmiechu na co dzień.

 

14 lat na scenie! To połowa Twojego życia. Masz jeszcze tremę?

Zawsze! I twierdzę, że trema to cudowna rzecz. Oczywiście, to strach, ale składa się z dwóch części. Pierwsza jest deprymująca, zniewala cię tak, że nie jesteś w stanie się ruszyć. Jeśli nie możesz tego zwalczyć, to naprawdę będziesz mieć ciężko na scenie. Ja mam na szczęście inny rodzaj tremy – mobilizująco-konstruktywny. To też pewien rodzaj strachu, ale z dużą dawką adrenaliny. Wychodzę na scenę i patrzy na mnie 20 tysięcy ludzi, boję się, ale chcę do nich wyjść. Bo jeżeli jestem artystą, który uważa, że ma coś ludziom do przekazania, to idę i przekazuję, boję się tylko, czy dobrze mnie odbiorą. Dlatego na scenie wychodzę z siebie, żeby ludzie zobaczyli moje serce, to, co naprawdę we mnie siedzi. I nierzadko tak jest. Dlatego kocham to, co robię.

Oby z wzajemnością. Czego Ci życzę.

rozmawiała Ewa Anna Baryłkiewicz

 

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"