|
|
|
Mam rysę na mózgu Na żywo (9 listopada 2005) Kiedyś pozwalał, by widziano w nim macho. Dziś dojrzał. I całkowicie zmienił wizerunek. SZYMON WYDRA rzadziej pisze piosenki o miłości, bo – jak mówi – ma ważniejsze sprawy na głowie. Teraz pragnie służyć innym. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy prawie trzy lata temu, Szymon był już po wydaniu pierwszej płyty swojego zespołu Carpe Diem. Ale nie czuł się pewnie. Dzisiaj twierdzi, że odnalazł swoje miejsce i już nikomu nie musi niczego udowadniać. „Skończyło się” – mówi. „Wreszcie wiem, którędy mam iść i dokąd.” NA Żywo: Dlaczego ściąłeś włosy? SZYMON WYDRA: -Nie doszukuj się w tym drugiego dna, bo go nie znajdziesz. Nie mam żadnej traumy, nie wydarzyło się nic takiego, co nagle spowodowałoby, że postanowiłem zmienić swój wizerunek. No więc dlaczego? Zrobiłeś to w związku z promocją nowej płyty? - Nie mam dwudziestu lat, żeby jakąś tanią sensacyjką chcieć zwrócić na siebie uwagę. Tak naprawdę uważam, że to moja sprawa, ale OK. Obciąłem się, bo idzie nowe. Przyznaję, że to radykalna zmiana, ale ja jestem specjalistą os radykalnych i ryzykownych decyzji. Całe życie je podejmuję. Jakie decyzje masz na myśli? - Na przykład w wieku 19 lat odszedłem z domu. Z różnych powodów. Jednym z nich było to, że chciałem się sprawdzić na głębokiej wodzie. To wymagało odwagi, bo nie miałem pracy, nic nie miałem- nawet sposobu na siebie. Może parę razy się podtopiłem, jednak nie utonąłem. Przeciwnie – można powiedzieć, że wypłynąłeś na szerokie wody. - Ale zajęło mi to dziesięć lat. Masz żal do losu, że tyle to trwało? - Mam cholerny żal do losu, który nie był zbyt przychylny. W chwilach zwątpienia myślałem: o co chodzi? Bo graliśmy koncerty, na które przychodziły tłumy ludzi, zespół Carpe Diem cieszył się popularnością, choć to było na długo przed wydaniem naszej pierwszej płyty. Ludzie znali nasze piosenki na pamięć, śpiewali je razem z nami. Nienawidzę pojęcia „gwiazda”, bo dla mnie gwiazdy są tylko na niebie, ale dla tych ludzi byliśmy kimś. Jednak po koncercie oni wracali do żon, do dzieci, do prawdziwego domu. A ja wracałem… kompletnie do niczego. Nie miałem żony, dzieci, nie miałem nawet porządnego mieszkania – jedynie mały domek, który ledwo stał, bo był tak stary i nie można go było ogrzać zimą, gdyż w tym celu należałoby zainwestować duże pieniądze w remont. A ja byłem bez forsy. I zastanawiałem się, jak długo jeszcze będę żył tą cholerną iluzją? Pomogło mi to, że choć nie mogłem znać finału, to byłem optymistą. Bardzo wierzyłem w to, co robię. No i udało się. Tym bardziej niepojęte, że po zajęciu III miejsca w „Idolu” i nagraniu płyty zniknąłeś prawie na trzy lata, zamiast kuć żelazo, póki gorące. To było zawodowe samobójstwo. - Bzdura, wcale nie zniknąłem. Zespół Carpe Diem przez ten czas grał koncerty, na które przychodziła 10-15 tysięczna publiczność. Pojawialiśmy się też w mediach. A że przez ten czas nie nagraliśmy płyty? Dla mnie i chłopaków muzyka to nie jest sport, nie chcemy się z nikim ścigać. Nie zależy nam, by nasz krążek był dodawany jako gadżet do papieru toaletowego, lecz by znalazł swoje miejsce. Dlatego będziemy wydawać płyty tylko wtedy, kiedy poczujemy, że mamy ludziom coś ważnego do przekazania. Rozumiem, że teraz właśnie tak jest? - Wydaje mi się, że tak. Każdy – i kobieta, i mężczyzna znajdzie tu coś dla siebie. Choć, co ciekawe, na tej płycie w ogóle nie ma piosenek o miłości. Miłość nie ma dla ciebie znaczenia? - Przeciwnie, uważam, że jest istotą człowieczeństwa. Ale wszystko, co miałem na ten temat do powiedzenia, znalazło się na naszym debiutanckim krążku. Teraz zaś miałem inne sprawy na głowie. Doszedłem do wniosku, że skoro sam znalazłem swój temat, przestałem się mocować z życiem, odnalazłem równowagę, to mogę służyć innym. Posiadłeś jakąś tajemną wiedzę? - Nie, no coś ty. Nie jestem alfą i omegą. Ale okazuje się, że ludzie widzą we mnie nie tylko muzyka, ale myślącego, wrażliwego człowieka. Świadczą o tym tysiące maili, jakie od nich dostaję. Są to listy bardzo osobiste. Ci ludzie opowiadają mi o swoich, czasami bardzo poważnych, problemach. I chcą wiedzieć, co Szymon Wydra – ich przyjaciel, a nie jakiś tam piosenkarz z telewizji – zrobiłby na ich miejscu. Liczą na moją pomoc. Wszystkie maile czytam, ale niestety, nie jestem w stanie na wszystkie odpisać. Dlatego odpowiedzią są właśnie nasze piosenki. Daję ludziom drogowskazy. Teraz to mówisz jak Mesjasz… - Nie chodzi o to, że pozjadałem wszystkie rozumy. I wcale nie daję gotowych recept, bo ich nie mam. Ale jestem uważnym obserwatorem, poza tym sam wiele w życiu przeszedłem. Dlatego prowadzę ludzi schodami ku korytarzowi, w którym jest kilkoro drzwi. To oni jednak muszą zdecydować, które z nich otworzyć. Ja im po prostu każę myśleć. Ustaliliśmy już, że jesteś radykalny. Teraz wyszło na jaw, że także refleksyjny. Jaki jeszcze jest Szymon Wydra? - Na pewno sentymentalny. Mam potężną rysę na mózgu, jeśli chodzi o wspomnienia, o przechowywanie pamiątek. Pd 13 lat, odkąd istnieje zespół Carpe Diem, każdą wzmiankę o nas wklejam do wielkich skórzanych ksiąg. Gdy kiedyś będę miał wnuka, pokażę mu, czym dziadek Szymon się zajmował. Mam nadzieję, że będzie to dla niego dowód, że życie może być jak poemat. Że można je naprawdę dobrze spożytkować, zamiast zaczynać dzień od wypicia wina w bramie i plucia na chodnik. Rozmawiała Anita Nawrocka |
Reedycja płyty "Bezczas" CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie jesteś dziś" "Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak poemat" |