Dziennik Zachodni: Wspólnie z
zespołem Carpe Diem zdecydowałeś się na dosyć odważny krok – debiutancki
album został nagrany w małej wytwórni fonograficznej, a dopiero teraz
podpisaliście kontrakt z jednym z największych polskich koncernów
fonograficznych. Dlaczego nie od razu?
Szymon Wydra: Bo chcieliśmy zrobić płytę po swojemu i w gronie
przyjaciół. Debiutujący wykonawcy, podpisując kontrakt z dużą wytwórnią,
muszą się zgodzić na szereg kompromisów, nie zawsze w zgodzie z ich
oczekiwaniami. Nie oznacza to, że mając kontrakt w kieszeni druga płyta
przyszła nam z łatwością. Wciąż jesteśmy na etapie budowania dobrej –
mam taką nadzieję – marki.
DZ: Niespełnienie, wbrew
pozorom, jest cechą pożądaną przez artystów. Analizując debiutancką płytę,
czułeś, że coś musisz poprawić, zmienić?
SW: Zawsze znajdzie się coś do poprawy. Nie myśleliśmy jednak o
drastycznych zmianach, bo jako zespół udało nam się już znaleźć wspólny
mianownik.
DZ: Jak przebiegała praca
nad nowym albumem?
SW: Carpe Diem przeżyło w tym czasie bardzo wiele dobrych, ale i złych
chwil. To była prawdziwa próba dla zespołu, której – niestety – nie
wszyscy sprostali. Bo „Bezczas” pierwotnie miał się ukazać już w lutym
2004 roku! Okazało się jednak, że na miesiąc przed jego wydaniem ze łzami w
oczach musieliśmy się pożegnać z częścią zespołu. Artystycznie było nam
nie po drodze. To pomogło mi uzmysłowić sobie, że Zbyszek Suski, Karol
Sionek i Jarek Suski (pozostali muzycy Carpe Diem – red.) są prawdziwymi
przyjaciółmi, którzy sprawdzili się przez 13 lat wspólnego grania. Zmuszeni
sytuacją, poszatkowaliśmy materiał na płytę i zaczęliśmy od nowa.
DZ: Podchodzisz do tego
tak spokojnie?!
SW: Carpe Diem jak sama nazwa wskazuje, oznacza czerpanie z życia tego,
co najprzyjemniejsze. Myślimy pozytywnie, ale nie jesteśmy „hurra”
optymistami. Wiem, że nikomu manna nie spada z nieba. Mam to szczęście, że
znalazłem pomysł na siebie, który na dodatek jest ciepło przyjmowany przez
innych ludzi. Jestem tego świadomy, bo wiele osób pisze do mnie jak do
przyjaciela, często prosząc o radę. Na mojej poczcie elektronicznej jest w
tej chwili 1100 maili! W większości od inteligentnych ludzi, powyżej 25 roku
życia. Czasami jest mi głupio, bo czuję się jak psycholog, a z drugiej
strony zdaję sobie sprawę, że ci ludzie na mnie liczą. To ogromna
odpowiedzialność.
DZ: Niedawno wywołałeś
sporą sensację, zwłaszcza u fanek, za sprawą ścięcia swoich długich włosów.
Dlaczego to zrobiłeś?!
SW: Patrząc w lustro właściwie wciąż się nie poznaję. Wydra bez włosów?
Szok. Ale zrobiłem to z szacunku dla długich włosów, które miałem przez 10
lat. Przez taką fryzurę skóra na głowie mało oddycha i włosy niszczeją. Mój
ojciec w wieku 30 lat był już łysy jak kolano, chciałem tego uniknąć. Żeby
odbudować włosy, postanowiłem obciąć je, by za trzy lata nie wyglądać jak
Jerzy Kryszak.
DZ: Niektóre twoje teksty
pełnią rolę swoistych drogowskazów, jak chociażby singlowe „Życie jak
poemat”, a w piosence „Żołnierz – za waszą i naszą krew” pojawia się
też tematyka wojenna.
SW: Pisałem ten tekst w 2001 roku po wydarzeniach w Nowym Jorku. Patrząc
na to miałem wrażenie, że widzę zawodowy film sensacyjny, którego nawet
Tarantino lepiej by nie nakręcił. Chciałem przez tę piosenkę zaprotestować
przeciwko wojnie, ludzkiemu zezwierzęceniu. To nasz przekaz, który niestety
wciąż nie traci na aktualności.
Ola
Szatan
Dziennik Zachodni, 20.12.2005