|
| |
Żyję na sto
procent
Angora
Szymon Wydra, lat 30,
coraz bardziej popularny wokalista rockowy, który zasłynął jako zdobywca
trzeciego miejsca w pierwszej edycji programu telewizyjnego "Idol".
Posiada tytuł Wokalisty Roku 2006, zdobyty w V edycji Eska Music Awards. Na
tegorocznym FPP w Opolu zdobył Superjedynkę w kategorii "Najlepsza płyta
rockowa". Został nominowany do Sopot Festival 2006 z piosenką "Bezczas"
i ma szansę reprezentować Polskę w konkursie finałowym. Z wykształcenia
jest dyplomowanym gitarzystą klasycznym. Twórca zespołu Carpe Diem. Na rynku
jest ich druga płyta "Bezczas", w której swoimi tekstami chcą
przekazać uśmiech i wiarę w siebie. Twierdzi, że on i zespół Carpe Diem
znaleźli pomysł na siebie. W muzyce rockowej stawiają na melodię i zdobyli
sobie sporo fanów.
- Swego czasu, zgłaszając się do eliminacji "Idola", powiedział
pan, że jest to dla pana ostatnia deska ratunku. Skąd ta determinacja?
- Dzisiaj nazwałbym to inaczej. Była to ostatnia szansa, ponieważ zespół
Carpe Diem, którego jestem założycielem, powstał w 1992 roku. Nie byliśmy
debiutantami i nie jesteśmy wytworem polsatowskiego programu itd. Proszę państwa,
my istniejemy już 14 lat! Niełatwo było założyć zespół rockowy na początku
lat 90., w dobie disco polo. Lata 90. to był okres muzyki disco z pola i trudno
było innym gatunkom wejść na rynek. Ale jakoś przetrzymaliśmy ten marazm,
który trwał 10 lat, dzięki konsekwencji, lojalności wobec tego, co brzmi w
naszych secach i miłości do ludzi. Hasło "Carpe diem" czyli chwytaj
dzień, które przyświecało nam przez ten czas, pozwoliło przetrwać i
uwierzyć w siebie.
- I dopiero po 10 latach wydaliście pierwszą płytę?
- Tak, pomógł mi udział w programie „Idol”. Dzisiaj traktuję to jako
jeden z ważnych epizodów, który trwał aż 5 miesięcy.
- Tysiące młodych ludzi startuje w tym i podobnych programach. Co się z
nimi później dzieje?
- Na dłużej pozostają ci, którzy mają pomysł na siebie, nie czekają na
to, że ktoś dalej będzie nimi sterował.
- Tylko panu udało się w tak dużym wymiarze zaistnieć na rynku. Czemu to
przypisać?
- Ja nie jestem tytułowym idolem, bo zająłem trzecie miejsce. Mnie bardziej
interesowała dalsza droga muzyczna, a nie kariera. Ja i mój zespół jesteśmy
prawdziwi, konsekwentni, autentyczni w tym, co robimy. Lubimy siebie i naszą
publiczność, co daje się wyczuć na naszych koncertach. My nie jesteśmy grupą
Carpe Diem, tylko zespołem Carpe Diem. Grupa to zlepek ludzi, którzy mogą ze
sobą grać na scenie, a poza nią mogą ze sobą nie rozmawiać. Zespół to
jak rodzina, bo czujemy się jak bracia. Wiele osób pragnie się z nami
identyfikować, co jest piękne. Na tym polega sukces naszego zespołu.
- Co się dzieje ze zwycięzcami, tytułowymi idolami?
- Przebiła się tylko Ewelina Flinta. Niestety, tak fantastycznie utalentowana
Ala Janosz nie została doceniona. Jej drogę piosenkarską skopali ci, którym
się wydawało, że wiedzą wszystko lepiej, a jak się okazuje, nie wiedzą nic
o polskim show-biznesie. Zresztą, według mnie, to ani show, ani biznes. Szkoda
takiej perły. Krzysztof Zalewski to chłopak z olbrzymim potencjałem, ale jak
na polskie warunki – zbyt ortodoksyjny. Wierny swoim ideałom, które nie
zostały kupione przez publiczność. Maciej Silski też jest ogromnie
utalentowany, czeka na swój czas. Wszystkim jak najlepiej życzę.
- Po „Idolu” świat zawirował wokół pana, ale nie zdecydował się pan
na solową karierę i ciągle pozostaje wokalistą Carpe Diem?
- Jesteśmy z kolegami lojalni wobec siebie i naszej muzyki. Gdyby nie oni, to i
mnie by nie było. Miałem różne propozycje, ale z żadnej nie skorzystałem.
- To z uwagi na braterską solidarność odrzucił pan propozycję udziału w
reklamie proszku do prania?
- Nie tylko proszku. Jeżeli coś się kłóci z moim wewnętrznym ja, to nie ma
sensu się zmuszać. Nie chodzi o pieniądze, lecz o to, żeby się nie sprzedać.
- Dzisiaj jest pan na topie, ale powodzenie nie uderzyło panu do głowy. Czy
pomaga w tym świadomość, iż nagle to wszystko może się skończyć?
- Oczywiście, ale ja nie żyję w zgodzie z przysłowiem, że pokorne cielę
dwie matki ssie, bo w tym momencie musiałbym się kamuflować, że jak nie tu,
to tam się może uda. Ja żyję na sto procent i jestem pokorny z natury. Zęby
na muzyce już zjadłem. Przez 10 lat waliłem głową w mur i dopiero wtedy
tynk odpadł. Dzisiaj wiem, że do wszystkiego trzeba podchodzić z rezerwą i
na dystans, zarówno do komplementów, jak i krytyki.
- Czyli, po sukcesie, teraz dłużej zastanawia się pan nad każdym następnym
krokiem?
- Trafił pan w sedno sprawy, bo ja teraz jestem potrójnie nieufny z szacunku
do tego, co robię i tych, którzy nas słuchają.
- Czy była groźba, że show-biznes będzie chciał zrobić z pana jeszcze
jeden plastikowy produkt?
- Była, ale jestem jedynym tzw. idolem, który nie podpisał kontraktu z firmą,
choć marzyłem o tym całe życie. Szok, co?
- Dlaczego nie podpisał pan tego kontraktu?
- Okradać to ja wolę się sam.
- Musiał pan być fatalnie doświadczony w okresie, gdy imał się różnych
zajęć?
- Nie chcę teraz robić z siebie męczennika, ale faktycznie – imałem się różnych
zajęć. Muzykiem jestem z wykształcenia, ale byłem także serwisantem mebli
biurowych, instruktorem w domu kultury, pracowałem na budowie, byłem szefem
muzycznym w lokalnym radiu w Radomiu, a także sprzedawcą w nocnym sklepie
monopolowym. Był taki czas, że myłem gąbką szyby samochodów, bo było
bardzo źle. Aha, byłem także ochroniarzem, aż pewnego dnia na posterunku
zostałem porażony prądem i przez dwa tygodnie miałem sparaliżowaną prawą
część ciała.
- Nie żałuje pan tamtych przykrych doświadczeń?
- Niczego w życiu nie żałuję, każde z nich składa się na to, jaki jestem
dzisiaj.
- Jak się do tego wszystkiego mają doświadczenia wyniesione z „Idola”?
- Tam rozgrywały się ludzkie dramaty, o których głośno się nie mówi.
Telewizja pokazała tylko 30-40 procent programu, więcej nie była w stanie. Było
nas 9 tysięcy osób! Żeby utrzymać się w programie, trzeba być odpornym
psychicznie. Były fantastyczne głosy, niekiedy lepsze od samych zwycięzców,
ale ich właściciele okazali się słabi psychicznie. I może dobrze się stało,
że nie wygrali tego programu.
- Sądzi pan, że powinny powstawać kolejne edycje „Idola”, „Drogi do
gwiazd”, „Szansy na sukces”?
- Tak, bo Polacy są uzdolnieni muzycznie, ale muszą dorosnąć następne
pokolenia. Cztery edycje „Idola” wyssały tych najlepszych.
- Sądzi pan, że muzyka rockowa nadal ma szanse na rodzimym rynku?
- Myślę, że ma, bo jakoś się broni. Ratunkiem dla niej są lotne i
energetyczne melodie, a nie darcie ryja i mocne naparzanie na gitarach. Muzyka
rockowa to także szafowanie ciszą, która też potrafi być dynamiczna, tylko
trzeba tę ciszę usłyszeć. Muzyka rockowa ma szansę. Ważne są także mądre
teksty. Nie można iść na łatwiznę i śpiewać: „j...ę cię w krzakach i
po ptakach”. Jest to jakiś rym, zabawnie brzmi, ale zawęża naszą wyobraźnię.
A muzyka rockowa wtedy będzie miała szanse, gdy będzie ją poszerzała. Kiedy
nie będzie oczywista i będzie dawała ludziom do myślenia.
- Co stara się pan przekazywać odbiorcom w tekstach swoich piosenek?
- Osiemdziesiąt procent tekstów piosenek piszę sam, ale nawet jak inni to
robią, to pomysły wychodzą ode mnie. Inspiracją jest dla mnie człowiek.
- Więcej jest w panu twardziela, romantyka czy chłopaka z charakterem?
- Wszystkiego po trochu. Mam swój charakter, wiem, o co mi chodzi, potrafię być
romantyczny. Ten konglomerat pomaga mi w pisaniu tekstów i spoglądaniu na świat
innym okiem. W tym całym galimatiasie trzeba być twardym.
- Na rynku jest pana najnowsza płyta „Bezczas”. Jakiego Szymona można
na niej spotkać?
- Takiego, jakim jestem na co dzień. To nie jest żadne udawanie. Piosenki
opowiadają o moim widzeniu świata, a przez to o mnie.
- Napisano w jednej z recenzji, że ta płyta brzmi, jakby wyprodukował ją
60-letni rockman...
- Nie czytałem, ale słyszałem o tym. Każdy ma swoje gusta, a o nich się nie
dyskutuje. Na szczęście jest dużo więcej pozytywnych opinii na temat płyty,
nad którą pracowaliśmy trzy lata. Na nasze koncerty przychodzą także ludzie
grubo po 60., co nas cieszy. W ten sposób mamy cały przekrój wiekowy
publiczności, co jest bardzo inspirujące.
- W młodzieżowych pismach muzycznych wymienia się pana jako nowego idola
nastolatek. Odpowiada panu ta rola?
- Moje teksty piosenek nie są proste i jeżeli bardzo młodzi ludzie zaczynają
ich uważnie słuchać, to cieszę się, że jestem dla nich autorytetem.
- Czyli Carpe Diem ma już swoją publiczność?
- Mamy i to bardzo inteligentną, także za granicą. Nasza strona internetowa
działa od 1,5 roku, a przez ten czas zalogowało się 11 tysięcy ludzi,
natomiast samych otwarć strony było 16 milionów!
- Za co najbardziej kocha pan publiczność?
- Za to, że jak schodzę ze sceny i patrzę prosto w jej oczy, to widzę łzy i
czuję wrażliwość podczas odbioru naszych piosenek. Kocham ją za to, że
jest lojalna i wyrozumiała.
- Co zmieniło się w ciągu 30 lat z polskiej muzyce rozrywkowej?
- Wszystko. Gdyby nie fundament, na którym wszystko się opiera, to ta muzyka
nie istniałaby w ogóle. Gama ma tylko 8 dźwięków i wszystko zostało już
wymyślone, napisane, ale nasze horyzonty myślowe wciąż się poszerzają. Każdy
wykonawca chce być nowatorski, chce dać coś z siebie. Szanujmy to, co było
dawniej i to, co jest teraz. Koniec lat 80. przyniósł piosenkę chodnikową,
potem biesiadną, a z tego stworzyło się disco-polo. Przykre, że muzycy, którzy
dla mnie byli autorytetami, pod pseudonimem pisali taki repertuar. I dlatego
dzisiaj mamy to, co mamy.
- Co interesuje pana poza muzyką?
- Piłka nożna. Mój ulubiony klub to RKS Radomiak RADOM. Byłem piłkarzem
tego klubu. Teraz jesteśmy w drugiej lidze.
- Było Opole i Superjedynka dla pana i zespołu, teraz zapowiada się
Festiwal Jedynki w Sopocie, to już chyba szczyty w tym kraju. Co pozostanie do
zdobycia?
- Co ma być, to będzie, resztę czas pokaże. Na razie zajmujemy się tym, co
jest tu i teraz. W przyszłość patrzymy optymistycznie i z pokorą.
Rozmawiał: Bohdan Gadomski

| |
Reedycja płyty "Bezczas"
CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie
jesteś dziś"
"Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak
poemat"
|