Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Syndrom drugiej płyty

 

Jak świat długi i szeroki, nietrudno zauważyć, iż człowiek rozmiłowany jest w dorabianiu do wszelakich otaczających go zjawisk w najprzeróżniejszych teorii. Bez względu na okoliczności przyrody, staramy się wszystko ująć w tabele, ramy, opatrzyć prawami, dorzucić parę schematów, które potwierdziłyby słuszność naszych dywagacji. Nie ma w tym, wbrew pozorom, niczego gorszącego czy też godnego potępienia, wprost przeciwnie, gdyby nie nasze zacięcie do teoretyzowania, nie wypracowalibyśmy tych wszystkich cudownych zdobyczy cywilizacyjnych, o których zawzięcie uczą nas w szkołach na lekcjach, powiedzmy, fizyki czy chemii.

Należy jednak postawić sobie pytanie: po co ten cały wstęp? Jaki to wszystko ma związek z muzyczną rzeczywistością, o której od jakiegoś czasu nieudolnie próbuję pisać? Mogłoby się zdawać, że muzyka z fizyką niewiele mają wspólnego, tak z pewnością jest w istocie, jednakże chciałabym dziś zwrócić uwagę na pewnien mechanizm, który nie od dziś obecny jest w branży muzycznej, mianowicie na enigmatyczny “syndrom drugiej płyty”. Wszyscy dziś o nim mówią, używają go niczym wyświechtanego sloganu w celu recenzowania dokonań muzycznych wielu artystów, może więc warto przyjrzeć się owemu problemowi z bliska. Czy ma on pokrycie w rzeczywistości, czy jest pewnym prawidłem, regułą, czy może jedynie szucznie przeszczepioną teorią, która miałaby wyjaśnić komercyjne porażki niektórych muzycznych przedsięwzięć? Zastanówmy się nad tym szczególnie w kontekście momentu, w którym znajduje się obecnie zespół Carpe Diem, czyli przed wydaniem jego drugiej płyty.

Czym jest więc ów złowrogi “syndrom drugiej płyty”? Mówi się o nim wtedy, gdy po niezwykle udanym debiucie, zarówno w sensie artystycznym jak i komercyjnym, co nie zawsze przecież idzie w parze, następuje zniżka formy, jakkolwiek to nazwiemy, spadek potencjału, wyczerpanie się pomysłów lub jeszcze inne nieszczęście, które może spaść na artystę. Myliłby się jednak ten, kto przypisywałby owe zjawisko jedynie muzyce: dotyka ono bowiem każdego twórcy, który przebojem wdziera się do świadomości masowego najczęściej odbiorcy, mam na myśli zarówno pisarzy, jak i reżyserów, czy aktorów. Jako że zjawisko to nie należy do paranormalnych, a do tego jest bardzo powszechne, nie trudno będzie je uzasadnić. Jeżeli debiut, przyjmijmy że fonograficzny, rzuca odbiorców na kolana, płyta zawiera przeboje, zbiera pozytywną krytykę, debiutujący muzyk zostaje automatycznie wywindowany na piedestał popularności i często również na wyżyny muzycznego parnasu (owo nieudane porównanie oznacza mniej więcej przypisanie młodemu artyście bogatych pokładów wrażliwości, talentu i twórczego potencjału). Efekt ten zostaje spotęgowany najczęściej prawem świeżości: nowa twarz jest dużo bardziej atrakcyjna dla mediów niż “sprane” gwiazdy, wzbudza wiele emocji i jest obietnicą niesprecyzowanie fascynujących dokonań w przyszłości. Oczywiście, moje uogólnienie, jak każde uogólnienie, nie musi być w stu procentach zgodne z prawdą, bowiem w każdym indywidualnym przypadku skala promocji, szumu medialnego i komercyjnego sukcesu jest inna, jednakże sądzę, iż nakreślony przeze mnie szkic tego mechanizmu ma odbicie w rzeczywistości. Po takim debiucie młody wykonawca czy zespół znajduje się więc pod ogromną presją oczekiwań, oczekiwań, które nie mogą być zrealizowane z jednej prostej przyczyny: zwykle są nierealne. Zarówno krytyka jak i szerokie grono odbiorców oczekuje bowiem już nie tyle dobrej płyty, co akustycznego wstrząsu, fonograficznego trzęsienia ziemi, wielokrotnego orgazmu, który zniweluje nie tylko pierwszą udaną płytę, ale również zrekompensuje wszystko to, co towarzyszy debiutowi: efekt świeżości, wzmożone zainteresowanie mediów, przyzwolenie krytyki na niedociągnięcia i niedoskonałości z uwagi na pierwsze dzieło danego wykonawcy. Nie chcę tutaj wnikać w psychikę artysty i odgadywać, jak czuje się on pod ową presją, czy faktycznie następuje spadek formy i pewnego rodzaju wypalenie, czy też nie, bowiem nie o to chodzi. Nie jest to również z pewnością kwestia talentu czy umiejętności, z całą pewnością jednak muzykom nie pomaga świadomość, iż muszą ścigać się nie tyle z tzw. “konkurencją” na listach przebojów czy sprzedaży płyt, ale przede wszystkim ze swoimi własnymi dokonaniami, muszą je przewyższyć, muszą stworzyć coś lepszego, bo w przeciwnym razie zostaną zdiagnozowani jako “wypaleni”, skończeni, bez potencjału.

Ciężkie jest życie artysty.

Wracając jednak do kwestii oczekiwań publiczności, widać wyraźnie, iż są one zwykle absurdalne, zwłaszcza że w przeważającej części przypadków są dalekie od precyzyjności. Odbiorcy, a nawet krytyka często nie wiedzą, czego oczekują od drugiej płyty danego wykonawcy, jakże więc mogą stawiać jakiekolweik wymagania! Gdybyśmy spytali przypadkową osobę o to, jak wyobraża sobie drugi album swojego ulubionego zespołu, prawdopodobne jest, iż usłyszelibyśmy: “Chciałbym, aby płyta była inna niż poprzednia, ale właściwie, żeby była w tym samym stylu. Żeby były tak dobre utwory, jak utwór X. No i żeby cała była tak dobra jak pierwsza, a nawet lepsza!” Przy tak sformuowanych oczekiwaniach (świadomie bądź nieświadomie), jest prawie pewne, iż spotka nas rozczarowanie. Bo gdzie jest logika w stwierdzeniu, że coś ma być inne, ale w tym samym stylu, ma być podobne, ale inne i do tego lepsze. W owym braku konkretów, braku jasno sprecyzowanych preferencji muzycznych stawiamy artystę w ślepym zaułku, w którym nie ma miejsca na naturalny proces twórczy, na rozwój. Przecież druga płyta, według wszelkiego prawdopodobieństwa i logiki rozwojowej, będzie dojrzalsza, niż pierwsza. I nie ma absolutnie żadnego znaczenia, co rozumiemy pod pojęciem “dojrzalszy” – nie chodzi wszak o to, by płyta była poważniejsza, bardziej rozbudowana instrumentalnie czy tekstowo. Będzie po prostu inna, bo każdy dojrzewa indywidualnie, każdy zmienia się według własnych potrzeb i nie ma sensu oczekiwać, by było inaczej. Każdy ma bowiem prawo do zmian, do poszukiwań, do nowych fascynacji, do eksperymentów, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę. Dlatego też, jeśli chcemy uniknąć syndromu drugiej płyty, powinniśmy po prostu przyznać danemu artyście szeroką autonomię i uwolnić go od presji oczekiwań, ponieważ tylko w ten sposób jesteśmy w stanie docenić to, co swoją muzyką chce nam on przekazać, jesteśmy w stanie dostrzec rozwój, zmiany, a jednocześnie doświadczyć artystycznej tożsamości w jego twórczości. Tłumacząc z polskiego na nasz, jeśli będziemy patrzeć na nowe dzieło danego wykonawcy przez pryzmat jego wcześniejszych dokonań, co jest do pewnego stopnia nieuniknione, musimy zachować w tym umiar i zdroworozsądkową powściągliwość. Nie wartościować zmian, nawet jeśli nie wszystko przypada nam do gustu, ponieważ każda zmiana jest cenna. Nie chcę tutaj namawiać do bezkrytycznego patrzenia i asymilowania tego, co niekoniecznie nam się podoba, jednakże przestrzegam przed namiętnym przewartościowywaniem przeszłości.

Z mojego dotychczasowego moralizatorsko – dydaktycznego tonu można wywnioskować, iż prognozuję, że druga płyta Carpe Diem będzie gorsza niż debiutancki album “Teraz wiem”. Jeżeli ktoś w tym momencie doszedł do takiego wniosku, powinien jeszcze raz przeczytać mój artykuł, bowiem jego przesłanie jest zupełnie inne. Chciałabym wszystkim uświadomić, iż coś takiego, jak “syndrom drugiej płyty” tak naprawdę nie istnieje, jest czysto wirtualnym wymysłem naszego sposobu myślenia, który ma tendencję do przewartościowywania wszystkiego. Chcemy, by każde następne dzieło, czy to będzie płyta, książka, czy film, było lepsze, a nie rozumiemy, co oznacza “lepszy”. Co gorsze, nie próbujemy znaleźć w sobie odpowiedzi na pytanie, co oznacza owo pojęcie. Czy lepszy to na pewno ten, który lepiej się sprzeda, będzie miał więcej chwytliwych przebojów i dobrych recenzji? A może lepszy to tak samo złudny termin, jak nasz tytułowy syndrom? Czyż nie ważniejsze jest to, że kolejna płyta to coś nowego, krok naprzód w niewiadomym kierunku, kierunku, do którego ciągle dążymy, że kolejne utwory to czyjeś spełnienie, czyjaś realizacja, emocje, praca, czyjś świat, który ktoś chce nam podarować?

Nie wiem, jaka będzie druga płyta zespołu Carpe Diem. Czy będzie zawierała przeboje, które porwą cały naród, czy postawi na baczność krytykę i szturmem zdobędzie kasy w empikach i hipermarketach. Wiem jedno: dla każdego artysty moment wydania drugiej płyty jest momentem może nie tyle przełomowym, bo nie znoszę tego pojęcia, ale przede wszystkim momentem trudnym i stresującym. Dodatkowo w przypadku osób, do których fonograficznego debiutu w pewien sposób przyczynił się program Idol, trudność sytuacji zwielokrotnia się, bowiem o ile pierwsza płyta otrzymała w spadku po programie nieco promocji (oczywiście w mniejszej lub większej dawce: łatwo się o tym przekonać biorąc do ręki jakiekolwiek czasopismo:-), lecz nie o tym dziś mowa), o tyle druga płyta definitywnie przerwie pępowinę łączącą wykonawcę z programem. Będzie to swego rodzaju sprawdzian, sprawdzian w świadomości dużej grupy odbiorców, bowiem wierni fani Carpe Diem nie muszą być przekonywani, że grupa zdała ów egzamin samodzielności już bardzo dawno temu, o czym świadczy nie tylko w pełni autorska płyta, fonograficzna niezależność, ale również silna pozycja ugruntowana wieloletnią działalnością koncertową. Mamy tutaj jedynie kolejne potwierdzenie faktu, iż sukces nie spada z nieba – trzeba na niego solidnie pracować.

Na koniec życzę wszystkim fanom Carpe Diem cierpliwości w oczekiwaniu na drugą płytę zespołu!

28.03.2004

alge

 

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"