|
|
|
Rok
po premierze płyty... ...czyli
szaro mija dzień za dniem, ale na szczęście jest Carpe Diem :-) Niewiele
jest osób, które są w stanie ze spokojem przyjęć fakt, iż czas szybko upływa,
każdego dnia przybywa nam nowych zmarszczek, a jeśli nie zmarszczek, to
przynajmniej dni na liczniku (uwaga, będzie patetycznie) naszego życia. Stąd
też naturalna skłonność ludzi do zatrzymywania przeszłości, łatania nią
dziur w teraźniejszości, która często dostarcza nam rozczarowań i innych
nieprzyjemnych doznań. Owe łaty to wspomnienia, rocznice, jubileusze pozwalające
nam nierzadko doładować nasze akumulatory nadzieją i optymizmem. Jakąkolwiek
filozofię przyjmiemy, by uzmysłowić sobie fenomen naszego przywiązania do hołubienia
wszelakich dat, powinniśmy zdać sobie sprawę, że są one przede wszystkim
dobrą okazją, aby spojrzeć za siebie z perspektywy czasu. Być
może mój pseudofilozoficzny wstęp nastroił Cię, drogi Czytelniku, pewnym
niepokojem w stosunku do dalszej części tekstu. Zapewniam, że dalej będzie
już znacznie mniej filozofii, choć nie bez przyczyny zaatakowałam z ciężkiego
kalibru tempus fugit. Właśnie mija rok od ukazania się debiutanckiej płyty
Carpe Diem „Teraz wiem”, co skłoniło mnie do przelania na papier kilku
moich refleksji. Jestem raczej znana z tego, iż nie potrzebuję specjalnych
okazji, by przelewać na papier swoje przemyślenia:-), dlatego na samym wstępie
chciałabym zmusić siebie do postawienia pytania: czy taka rocznica może być
powodem do jakichkolwiek refleksji? Pytanie retoryczne, bo żadna okazja nie
powinna pozostawiać nas bez pewnego rodzaju niepokoju, po drugie zaś, należy
wykorzystać każdą sposobność, aby móc napisać o rzeczach dobrych i ważnych
– a, dodajmy, za taką uważam płytę „Teraz wiem”. O
zespole Carpe Diem i ich muzyce napisałam już bardzo wiele, dlatego dziś
chciałabym się skupić na kilku aspektach związanych właśnie z ich pierwszą
płytą z perspektywy mijającego roku. Większość
z nas jest bardzo dobrze zorientowana w temacie: mniej więcej 13 grudnia 2002
roku do sklepów muzycznych trafił krążek „Teraz wiem” zespołu Carpe
Diem, istniejącego od 1992 roku, znanego nie tylko z występu założyciela i
wokalisty – Szymona Wydry w programie Idol, ale również na okoliczność
bujnej działalności koncertowej. Jedenaście utworów na krążku, dwa single
o dużym sukcesie komercyjnym, umiarkowany aczkolwiek pozytywny szum medialny
wokół całego wydarzenia – to są fakty. Na pierwszy rzut oka moment
pojawienia się płyty na tak zwanym rynku jest najważniejszym momentem jej
istnienia, wtedy to bowiem rzuca się na nią stadnie publiczność, słuchacze,
ale także krytyka, która ochoczo mierzy, waży, osłuchuje daną płytę i
wydaje diagnozę, skazując album bądź na nieuleczalne miano tandety, bądź
daje świadectwo jakości i artystycznej głębi. Tak wygląda to w
uproszczeniu. Oczywiście, nie kwestionuję tutaj owego powszechnie przyjętego
porządku – przecież właśnie w tym pierwszym momencie kształtują się
fundamentalne dla naszego szołbiznesu rankingi sprzedaży[1]
oraz medialne listy przebojów, natomiast jest coś jeszcze, co w tej pierwszej
chwili jest absolutnie niewidoczne. Dostajemy bowiem do ręki dzieło w przeważającej
części nam nieznane, może nam się spodobać lub nie, możemy uznać je za coś
wyjątkowego lub zapomnieć o nim po pierwszym przesłuchaniu. Nie mamy jednak
pojęcia, czym dla nas będzie, jak będzie ewoluowało i jakie miejsce zajmie w
naszej muzycznej świadomości. Nie wiemy tego w stosunku do nas samych, odbiorców
jednostkowych, cóż więc dopiero wspominać o odbiorcy kolektywnym, tzw. społeczeństwie...
Krótko mówiąc, nie możemy nawet przypuszczać, czy dana płyta stanie się
gigantem, ikoną kultury, arcydziełem uznanym przez społeczeństwo, czy też
naszym prywatnym, jednostkowym arcydziełem. Podobne przypuszczenia możemy nieśmiało
wysuwać dopiero po pewnym czasie od ukazania się danego krążka, kiedy to
dobrze się z nim osłuchamy... Może
więc nadeszła odpowiednia chwila, by postawić sobie to pytanie w stosunku do
pierwszej płyty Carpe Diem? Rok
temu, po powrocie z EMPIKU z płytą w dłoni zabrałam się do słuchania jej z
dużym zapałem. Podbudowana wcześniejszymi, znanymi mi dokonaniami Szymona i
zespołu, przesłuchałam ją kilkanaście razy, bo chciałam poznać każdy dźwięk,
z anatomiczną precyzją rozebrać każdy utwór. Zmierzyć, ocenić zrecenzować.
Do dziś, co mówię z pełną odpowiedzialnością, nie udało mi się to, a
recenzję, którą wtedy napisałam, po każdym kolejnym przesłuchaniu płyty,
mam ochotę spalić albo zrobić jej jakąś inną krzywdę. Być może mówię
tutaj pewne oczywistości, lecz krążek nigdy nie brzmi w mojej muzycznej świadomości
tak samo – nakładają się na jego odbiór doświadczenia koncertowe, nastrój,
emocje. W ciągu tego roku płyta urosła bowiem do rozmiarów przeżyć, zapisało
się na niej wszystko to, co wydarzyło mi się w ciągu tych 365 dni. Jasne
jest, że nie towarzyszyła mi ona codziennie, ani też od święta, na
specjalne okazje, ale zawsze wtedy, gdy była mi potrzebna. Co
więcej, płyta nie stała się nigdy tłem dla mojej osoby, dodatkiem,
muzycznym psychoterapeutą leczącym moje smutki; była również obiektem samym
w sobie zmuszającym do refleksji i innego wysiłku o znaczeniu intelektualnym.
Zarówno na poziomie tekstowym, muzycznym, ale przede wszystkim na poziomie
przekazu i emocji utwory niesamowicie ewaluowały w mojej świadomości: wtedy,
gdy nieporadnie próbowałam tłumaczyć teksty na mój ukochany język
kastylijski:-), wtedy, gdy koncertowa wersja utworu całkowicie burzyła moje
wcześniejsze wyobrażenie na jego temat i jeszcze w wielu innych sytuacjach. Myślę,
że każdy z nas doświadczył tego na sobie, niekoniecznie w związku z
„Teraz wiem”, ale z każdą inną, wyjątkową dla nas płytą. Dlaczego?
Moim zdaniem, warunek tego wewnętrznego przeobrażenia jest prosty: wystarczy
podejść do danej płyty bardzo emocjonalnie, nie koniecznie słuchając jej
bez przerwy, jednakże słuchając jej mądrze. Silący się na obiektywizm
surowi krytycy, których misją życiową jest rozdrobnienie na kawałki i
nadanie muzyce odpowiednich etykietek typu „rock”, „hip-hop”, „techno”,
„metal”, „agropop”... sprawiają wrażenie, iż nie zależy im na
osobistej bliskości z muzyką, chcą jedynie za wszelką cenę uniknąć
subiektywizmu i posądzenia o brak gustu. W gruncie rzeczy bardzo smutna to
krytyka, bowiem w muzyce tak naprawdę nie ma miejsca na obiektywizm ani tym
bardziej na wyznaczanie granic pomiędzy stylami z matematyczną precyzją. Wrzucając
dziś płytę Carpe Diem do odtwarzacza nie mam żadnej pewności co do tego,
jakie uczucia wywoła we mnie kolejne jej przesłuchanie . Jedyna pewność jaką
mogę mieć jest taka, że muzyka to zjawisko dynamiczne, które zmienia się
razem z nami, dojrzewa z nami, a nierzadko i my dojrzewamy razem z nią. Dlatego
też w niecały rok od wydania krążka „Teraz wiem” ciągle potrafię
odkrywać dla siebie na nowo „Kanibala” czy „Marzeń nigdy dość”, wciąż
zadziwia mnie akustyczna wersja „Teraz wiem” i nie mogę przejść bez
wzruszenia obok „Ty czy ja”. To zadziwiające, iż trwająca niecałe 40
minut płyta zawiera w sobie tyle zakamarków, po których możemy poruszać się
niczym niewidomi po omacku, bo mimo iż wydaje nam się, że doskonale znamy każdy
dźwięk, zawsze istnieje prawdopodobieństwo natknięcia się na coś, czego
wcześniej nie doświadczyliśmy. Od naszej wrażliwości zależy, jak wiele
odkryjemy tutaj dla siebie. Choć okładka mojej płyty jest tak zniszczona, że
wygląda jak XV-wieczny inkunabuł a popękane pudełko niejedno już przeszło,
muzycznie nie odnajduję w sobie oznak znudzenia ani przedawkowania. Wielu
z nas wydaje się, iż rocznica to taki szczególny moment, który powinniśmy w
jakiś sposób uczcić – wypić szampana, wręczyć medal, postawić pomnik.
Trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy że jesteśmy przywiązani do magii
liczb i skłonni przypisywać jej ogromne znaczenie. Zapominamy przy tym często,
iż kategoria czasu w muzyce powinna być traktowana z pewną rezerwą, bowiem
nie chodzi tu o stawianie skostniałych, spiżowych pomników naszym ulubionym płytom
czy wykonawcom, jako że w ten sposób zwyczajnie zamykamy sobie furtkę, aby móc
na nowo przeżywać to, co w muzyce najcenniejsze, czyli emocje. Ja ze swojej
strony mogę jedynie życzyć wszystkim fanom Carpe Diem, aby upływający czas
przybliżał ich do muzyki, jaką grają chłopcy i aby zawsze potrafili odnaleźć
w niej siebie. Zespołowi zaś przede wszystkim dziękuję za dostarczenie nam,
fanom, wielu, nierzadko mocnych wrażeń:-) 08.11.2003, alge [1] Nie będę rozwodzić się na ich temat, gdyż wypowiedziałam się o nich w artykule “Sukces niejedno ma imię” |
Reedycja płyty "Bezczas" CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie jesteś dziś" "Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak poemat" |