Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Recenzja teledysku "Bezczas"

Wielokrotnie, nim do stacji telewizyjnych trafił teledysk do najnowszego, promującego drugą płytę zespołu Szymon Wydra & Carpe Diem, utworu „Bezczas”, zastanawiałam się nad tym, jak obrazem oddać ów niesamowity klimat, jaki generuje on w słuchaczu, jak przenieść na ekran wyjątkowy nastrój samotności, pustki, rozpaczy, by nie stworzyć pretendującego do miana sztuki konwencjonalnego, łzawego obrazka. Słuchając „Bezczasu”, byłam pełna obaw, sam utwór bowiem stanowi spójną całość, mikrokosmos, który na cztery minuty przenosi do zupełnie innego świata, świata zaczajonego w nas podskórnie, ujawniającego się jedynie w chwilach najwyższego skondensowania emocji – w jaki sposób przedstawić to wizualnie, jak nie zepsuć, nie zbanalizować nadmiarem patosu, jak uniknąć powielania tandetnych schematów? Mniej lub bardziej świadomie wyobrażałam sobie mroczne, gotyckie scenerie, pełne bladych oblicz, operowanie kontrastem, oszczędną ornamentykę i zachowawczą grę aktorów, żadna jednak wizja nie była dla mnie zadowalająca czy chociażby dostatecznie przekonująca, czekałam więc na premierę gotowego klipu, ciekawa ostatecznego efektu i konfrontacji obrazu z dźwiękiem.

Pierwsze obejrzenie „Bezczasu” pozostawiło mnie w stanie totalnej dezorientacji i odebrało zdolność jakiegokolwiek zwerbalizowanie pierwszego wrażenia. Teledysk niczym mnie nie zaskoczył: ani fabułą, ani ogólną koncepcją, sposobem prezentowania scenerii, niechronologicznością montażu poszczególnych sekwencji, dynamiką, poetyką. Historia całkowicie przewidywalna: śmierć na oczach ukochanej osoby, dzieląca w sposób nieodwracalny życie na „przed” i „po” – doskonała ilustracja słów utworu:

Wciąż tak trwam z pustką sam na sam

W beznadziei trwam

Jak mam żyć

Nie ma sensu nic

Chcę do ciebie iść


Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że opowiadana historia ma tutaj decydujące znaczenie, że kluczowym jest tutaj element zaskoczenia, gry z widzem, którego trzeba przyciągnąć przed telewizor, że to teledysk ma „sprzedać” kawałek. W istocie, często tak bywa, ale nie w przypadku „Bezczasu”! Dlaczego? Po pierwsze dlatego, iż klip ma tutaj za zadanie nie tyle ukryć, zatuszować niedostatki utworu – absolutnie przecież wyjątkowego – co dopełnić go, pomóc dzięki dodatkowym bodźcom przeżyć ten utwór, osobiście, katarktycznie. Po wtóre, cały efekt, moim zdaniem, koncentruje się właśnie w tym, iż historia nie jest wydumanym popisem reżyserskiej kreatywności, lecz czymś zwyczajnym, jak często powtarza Szymon, czymś autentycznym, czymś blisko każdego z nas – bowiem istotą naszej kruchej egzystencji jest strach przed utratą kogoś bliskiego. Właśnie dzięki temu zabiegowi – umieszczeniu akcji teledysku w jak najbardziej realnych warunkach, które – zauważmy! smutne i przygnębiające stają się dopiero po śmierci ukochanej, przy niej zaś świat głównego bohatera zdaje się być skrawkiem nieba w środku szarego miasta – dzięki temu jeszcze wyraźniej czujemy prawdę słów śpiewanych przez Szymona, z jeszcze większym lękiem spoglądam na nasz własny skrawek nieba, który tak łatwo zmienić się może w piekielną wieczność w bezczasie pustki, samotności. Nie potrzebujemy tutaj elementu zaskoczenia, bowiem zarówno obraz jak i utwór odwołują się do tego, co najgłębiej ukryte w naszej naturze: do bezwzględnej potrzeby bycia z drugim człowiekiem, miłości, wzajemności. Najpełniej zdajemy sobie z tego sprawę widząc tańczącą i całującą się parę kochanków, bo pustka boli najbardziej, jeśli dane nam było zaznać szczęścia, bo człowiek nie potrafi już żyć, gdy przez sam środek jego serca przebiega mur bez bram…


Niewątpliwie najtrudniejszym, a jednocześnie, w moim odczuciu, najbardziej przejmująco wykonanym zadaniem była rola, w którą wcielił się Szymon. Jak zagrać rozpacz? Jak zagrać pustkę, pęknięte serce, jak zagrać brak sensu, by nie wypaść groteskowo, fałszywie, by nie skarykaturyzować obrazu teatralnymi gestami? Ogromne wrażenie robi autentyzm Szymona, zrezygnowanie z wszelkiego nadmiaru na rzecz prawdy, odczuwalnej zwłaszcza w kontrastywnym przedstawieniu emocji skrajnych – szczęścia, spokoju w ramionach ukochanej oraz smutku, strachu, niezgody, gdy samotnemu towarzyszą jedynie ulotne reminiscencje przeszłości. Podobnie jak w utworze, również w obrazie oscyluje on między ciszą a krzykiem, między szeptem, a wołaniem, idealnie dopełniając warstwę dźwiękową utworu.


Tytułem podsumowania nie mogę odmówić sobie publicznego zdyskredytowania moich wcześniejszych obaw: teledysk w sposób nieprawdopodobny współgra z utworem, nie przykrywa go ciężarem dosłowności, z prawdziwym wyczuciem akcentuje momenty największego ciśnienia emocjonalnego, za co wielkie gratulacje należą się twórcom, przede wszystkim reżyser – Patrycji Woj-Wojciechowskiej oraz wszystkim aktorom biorącym udział w realizacji obrazu. Jestem pod ogromnym wrażeniem „Bezczasu” jako całości, szczególnie z uwagi na jego przesłanie, które jest ogromnie cenne: spieszmy się kochać ludzi, nie odkładajmy ich na potem, cieszmy się każdą chwilą spędzoną z nimi, każdym dotykiem, każdym słowem, spojrzeniem, każdym przejawem bliskości. Stwarzajmy sobie wzajemnie niebo, bo któż może wiedzieć, czy jedynym ratunkiem przed bezczasem nie jest jedynie niebo naszej miłości…

11.11.2005

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"