|
|
|
Bezczas Każdemu
z nas zdarzyło się zapewne odczuć na sobie zjawisko kumulacji, nie tylko
wtedy, gdy takowa przypada w Totolotku. Kumulacja, jaką mam na myśli, to pewne
spiętrzenie uczuć, skondensowanie wrażeń, zgęstnienie doznań, dokonujące
się w czasie i zazwyczaj bardzo mocno oddziałujące na nasze postrzeganie świata.
Bez wątpienia, miałam okazję na własnej skórze przekonać się o
mechanizmie tego procesu w przypadku płyty „Bezczas”, drugiego albumu
Szymona Wydry & Carpe Diem, którego premiera miała miejsce 14 listopada
2005 roku, czyli niemalże dokładnie trzy lata po fonograficznym debiucie zespołu
z krążkiem „Teraz wiem” (13 grudnia 2002). Tak długi okres oczekiwania,
dodajmy, okres nie jałowy, lecz obfitujący w wiele ważnych wydarzeń
artystycznych, jak i intensywne życie zespołu, który praktycznie bez przerw
koncertował, sprawił, iż napięcie wzrastało generując w wielu z nas tzw.
syndrom drugiej płyty: cały szereg obaw i niesprecyzowanych wyobrażeń dotyczących
materiału, jaki otrzymamy na krążku, mający nie tyle potwierdzić, co
zdeklasować debiut. Trzeba bardzo wyraźnie podkreślić, iż dystans, jaki my
wszyscy – tak zespół, jak i fani, słuchacze i wielbiciele muzyki Carpe Diem
– zmuszeni byliśmy przebiec, nie należał do biegów w cieplarnianych
warunkach prostej drogi, był raczej z gatunku tych przełajowych, gdzie piętrzą
się przeszkody, mety zaś nie widać, jednakże, zdajemy sobie sprawę, iż ów
morderczy maraton udało się pokonać. Setki koncertów, na których nigdy nie
brakowało publiczności gotowej chwytać chwilę i pozostać pod wpływem owej
filozofii, która od zawsze – od 13 lat - towarzyszyła chłopakom, wiele
spotkań, liczne przyjaźnie – wszystko to nie pozostało, jak sądzę, bez wpływu
na ostateczny kształt płyty „Bezczas”. Dlatego też, trzymając w rękach
świeży wciąż krążek, musimy stanąć do konfrontacji z tym wszystkim, co
narosło w nas przez ten długi czas. Celem więc mojej krótkiej, i z całą
pewnością, niewystarczającej próby ujęcia w słowa płyty „Bezczas” będzie
przede wszystkim spojrzenie na jej zawartość może nie obiektywnie – bo
twierdzę, iż pojęcie takie to czysta abstrakcja bez pokrycie w rzeczywistości
– ale bez uprzedzeń, bez pretensji do arbitralnych i komparatystycznych osądów.
Jak zwykle, będzie subiektywnie, szczerze i bardzo osobiście. Wstęp
ów mógłby sugerować, iż tekst ów przeznaczony jest jedynie dla osób, które
zorientowane są już w twórczości Carpe Diem i od lat śledzą jej przebieg.
Nic bardziej błędnego! Przede wszystkim, moje słowa kieruję do osób, które
lubią podchodzić do muzyki w sposób refleksyjny, które znajdują przyjemność
w zatrzymywaniu się przy dźwięku, słowie, bez względu na to, czy Carpe Diem
jest im znane, czy też nie. Moim marzeniem jest, by każdy, kto zechce poświęcić
kilka minut na przeczytanie poniższych zapisków, sięgnął po płytę „Bezczas”
(jak również tę wcześniejszą – „Teraz wiem”) i odnalazł w niej coś
dla siebie. Płyta, jak każdy
twór artystyczny, jest pewną całością, mniej lub bardziej przypadkową. Składa
się na nią przede wszystkim muzyka, ale również cały zamysł logistyczny,
począwszy od okładki, aż po układ piosenek. Pierwsze wrażenie po wzięciu
do ręki płyty „Bezczas”? Książeczka zawierająca wszystkie teksty utworów,
bardzo czytelna, jak to się mówi, czarno na białym;), do tego każdy kawałek
ma wyraźny rodowód, w każdym razie imiona rodziców, co nie jest bez
znaczenia. Całość okraszona gustownymi zdjęciami zespołu, sam krążek zaś
z logo Carpe Diem (CD), idealnie wkomponowanym w kształt płyty. Efekt
nieznacznie psuje jedynie znajdujący się wewnątrz opakowania spis wszystkich
modeli telefonów, na jakie można ściągnąć sobie dzwonki z utworami z „Bezczasu”.
Drobny ten mankament przestaje mieć jednak jakiekolwiek znaczenie, gdy tylko włożymy
płytę do odtwarzacza… 1. Żołnierz
- za Waszą i naszą krew Płytę
otwiera dobrze znany nam utwór, warto jednak przypomnieć jego historię. Otóż,
inspiracją do jego powstania były wydarzenia pamiętnego 11 września 2001 z
NYC, natomiast swoją premierę miał od dokładnie trzy lata po owych
tragicznych zamachach, 11 września 2004, kiedy świat dostał już dostatecznie
wiele dowodów na to, iż „nie ma nic, a co ma być, gdy katem rodzony
brat”. „Żołnierz” jest więc głosem w sprawie, odważnym – co
potwierdza teledysk – opowiedzeniem się po stronie tych, którzy są mięsem
armatnim w rękach przywódców walczących o abstrakcyjne idee, nie mające często
nic wspólnego z ludzką godnością, prawem do życia, jako najwyższej i
absolutnej wartości. Znakomity tekst wolny jest od patetycznego bełkotu, jakim
raczą nas media, opiera się bowiem na osobistym, indywidualnym spojrzeniu na
świat oczami „żołnierza” – każdego z nas – zmuszonego do walki „za
waszą i naszą krew”. Nastrój, zbudowany dźwiękiem i słownym przekazem
bardzo silnie oddziałuje właśnie na odcinku emocji: strach i niezgody,
poczucia bezsilności i przeświadczenia, że należy się jednoczyć... choćby
w tych uczuciach. Bardzo mocny początek płyty. 2. Bezczas Drugi utwór
to znany nam wszystkim „Bezczas”, który stanowi niejako kontynuację
wyznaczonego przez „Żołnierza” kierunku, jak również pomost pomiędzy
nim a „Ostatnim aniołem”. Mamy tutaj do czynienia z niebywałym zderzeniem
trzech wyjątkowych utworów totalnych, które otwierają nowe przestrzenie,
dotykając tego, co najgłębiej zakorzenione w ludzkiej naturze – strachu,
samotności, potrzeby miłości. Zbyt wiele słów napisałam już o „Bezczasie”,
dlatego też, aby się nie powtarzać, zauważę jedynie, iż dzięki bardzo
oszczędnym środkom wyrazu utworowi temu udaje się oddać to, co właściwie
niewyrażalne: rozpacz po śmierci kogoś bliskiego, pustkę po stronie życia,
które pozbawione zostaje sensu. Oscylując pomiędzy ciszą a krzykiem bezradności,
bez górnolotnej frazeologii, udaje się uzyskać efekt szczerego,
jednostkowego, choć wspólnego nam wszystkim wyznania – rzadka i autentyczna
transfuzja emocji. Utwór niejednoznaczny, wyznaczający jednak linię
pozytywnego, tak charakterystycznego dla Carpe Diem przekazu: nie odkładajmy człowieka
na później, odnajdujmy w nim niebo, któż bowiem może nam zagwarantować, iż
poza drugim człowiekiem istnieje jakieś inne niebo…?
Przychodzą w
życiu takie chwile, gdy nawet tak rozgadanym jak ja osobom brakuje słów. Często
zastanawiałam się, jakie warunki powinien spełnić utwór, by zakneblować myśli,
oślepić, związać ręce w poczuciu całkowitej nieadekwatności wszelkich prób
podsumowywania, analizowania, rozbierania na czynniki pierwsze. „Ostatni anioł”
nie jest dla mnie utworem dającym się ująć w jakiekolwiek kategorie, nie
jest wypadkową muzyki, tekstu, aranżacji, nastroju tudzież innych czynników
– „Ostatni anioł” to łzy, to szept w środku nocy, to ciepła dłoń
przyjaciela, „Ostatni anioł” to sen, z którego nie chcesz się obudzić,
to pytania, na które nie ma odpowiedzi. Nie ma w nim ani jednego zbędnego dźwięku,
ani jednego niepotrzebnego słowa, ani jednego obrazu, którego nie znalibyśmy
z własnej podświadomości, bowiem utwór ten, podobnie jak w przypadku „Bezczasu”,
nie operuje retoryką skomercjalizowanej konwencji, obliczoną na wywoływanie
oczywistych wzruszeń, lecz jest krzykiem człowieka. Krzykiem bezradności
wobec świata, w którym anioły są równie potrzebne co ptasia grypa albo
dziura ozonowa. Klimat, wszystkie odcienie emocji odmalowane zostały przejmującym
wykonaniem Szymona, które w moim osobistym odczuciu jest najważniejszym –
choć integralnym – elementem tego utworu, służącym doskonałemu
zespoleniu, jakie doświadcza się tylko w obcowaniu z materią wybitną. Dopóki
istnieją takie kawałki, ostatni anioł nie może spaść…
Czwarty utwór
na płycie radykalnie zrywa z tym, co mogliśmy usłyszeć dotychczas. Początek
w intrygujący sposób zapowiada utwór dynamiczny, rozwijający się do samego
końca. Elektroniczne brzmienia, wysuwające się na pierwszy plan w zwrotkach
idealnie kontrastują z mocnym, gitarowym refrenem. Jest to zdecydowanie jeden z
najbardziej ciekawie zaaranżowanych kawałków na płycie: bardzo melodyjne
zwrotki i muzyką narastającą w tle, której ambicją jej uwydatnienie wokalu,
rockowo osadzony refren, aż po intrygujące przejście korespondujące z
tekstem oraz rewelacyjne, bardzo pomysłowe zakończenie. Tekst autorstwa
Roberta Piekarskiego to manifest niezgody na ograniczenia, jakie często niesie
ze sobą świadomość tego, iż każdy z nas jest jednostką, indywiduum
odpowiedzialnym za własne życie, za własne szczęście. Być może ktoś
dostrzeże w utworze tym protest song przeciwko konformizmowi, ja jednak
odczytuję tutaj krzyk człowieka, który nie chce już „w życie grać”,
lecz przeżyć je w zgodzie z samym sobą, by nie żałować żadnej minuty, nie
roztrwonić go w tłumie, dobrowolnie zrzekając się prawa do samostanowienia,
do popełniania błędów, kochania niepowtarzalnie, ucieleśniania wszystkich
mitów, jakie w nas drzemią i odkrywania nowych dróg. Niejednoznaczne pole do
interpretacji, perfekcyjnie rozłożone emocje. Mój typ.
Przyznam, że
mam do tego kawałka wyjątkowo osobisty stosunek z uwagi na moje
hiperoptymistyczne podejście do życia;) Znakomity początek i rewelacyjne zakończenie,
a pomiędzy mocno zaakcentowane przesłanie, które stanowi jakby kontynuację
ostatniego utworu z płyty „Teraz wiem” – „Koniec z tym”. Często
powtarzane „musisz” nie pozwala na sprzeciw, wprawdzie forma monologu jest
nieco przytłaczająca, jednakże 2 momenty utworu całkowicie ją rozładowują:
mianowicie, ostatni wers refrenu „Nie mogę patrzeć jak zadręczasz się”
oraz kulminacyjne przejście przed ostatnim refrenem – wyrazisty i niemniej
autentyczny imperatyw, który nabiera cech dialogu, oczekuje odpowiedzi,
reakcji. Nie przypadkowo „Musisz uwierzyć” znalazło się więc pomiędzy
„Nie chcę” a „Życiem jak poemat”. Cały utwór starannie przemyślany,
stopniowany do samego końca, zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie. 6. Życie jak poemat Można
zaryzykować stwierdzenie, iż jest to jeden z najbardziej znanych utworów
Szymona & Carpe Diem, zaprezentowany i entuzjastycznie przyjęty na 42.
Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, a przede wszystkim głęboko już
zakorzeniony w świadomości słuchaczy. Wbrew pozorom, fakt ten nie ułatwia
nam odbioru tego kawałka jako jednego z elementów płyty, trudno bowiem teraz
spojrzeć nań w oderwaniu od nadanego mu statusu „przeboju”. Abstrahując
jednak od oczywistości, z jaką zwykło się traktować kawałki dobrze znane,
warto zauważyć, iż „Życie jak poemat” może zaskakiwać nas przy każdym
przesłuchaniu: idealnie stopniowany emocjonalnie, rozwijający się do samego
końca, łączący dopracowaną w szczegółach muzykę z pełnym emocji
wokalem. Słowa utworu zaś mogą być wykładnią filozofii Carpe Diem:
remedium na życie bez przesłań, przekonanie o tym, że szczęście tkwi w nas
samych, od nas zależy, czy zechcemy dać się ponieść pragnieniom i będziemy
pisać poemat o życiu „kochanym, przeklinanym”, jednakże będącym
najcenniejszym dla nas darem. 7. List do Pana B. Utwór swoją
poetyką przypominający pierwszą płytę zespołu. Jeden z niewielu opowiadających
historię – historię listu, który niespodziewanie trafia do adresata i
odmienia jego życie, potem zaś znika. Motyw listu, doskonale wykorzystany
przez autora tekstu, Adama Pawicę, stanowi oś tej piosenki. Lakoniczne,
narracyjne zwrotki kontrastują z mocniejszym, aczkolwiek ciepłym refrenem, w
którym zawarte jest całe przesłanie, tak podobne do słów jednego ze
starszych utworów Carpe Diem: „czasem jest tak, nie ma słońca, ale jest
jego ślad”. Tutaj to list jest owym promieniem, za którym kryje się drugi
człowiek, czekający na kilka szeptów. Tak niewiele wystarczy, by odzyskać
wiarę w sens istnienia… 8. Wojna serc Każda płyta
powinna mieć swojego „Poznańskiego”, kawałek, przy którym można poskakać,
pomachać łapkami i chóralnie odśpiewać refren – czy taką prostą prawdą
kierował się Szymon, autor tekstu „Wojny serc”? Kawałek ten, na pierwszy
rzut oka, to sympatyczne rozluźnienie, odejście od poważnej tematyki, jaka
przenika większość pozostałych utworów, mrugnięcie okiem, chwila oddechu.
Melodyjna, gitarowa zwrotka i przyjemnie zapadający w pamięć refren, a przede
wszystkim zaczepny tekst, pełen żartobliwych skojarzeń, delikatnej ironii,
gry słów, całość zaś zagrana i zaśpiewana z pazurem. Ciekawe, iż jest to
jedyny utwór na płycie, który, expresis verbis, traktuje o miłości, podczas
gdy pierwszy krążek zespołu, „Teraz wiem”, prawie w całości poświęcony
był temu uczuciu. Tutaj natomiast mamy do czynienia nie tylko z wyraźnym odejściem
od tematu, ale również z jego niezwykle przekornym ujęciem: „Tyle już dni
zabrałaś mi/ kochanie” – miłość się skończyła i pozostawiła po
sobie jedynie pragnienie spokoju, przespania tej wojny serc, ucieczki. Zauważmy
paralelizm z przepięknym „Ty czy ja”, gdzie walka o gasnące uczucie jest również
walką z wiatrakami, jednakże tutaj nie towarzyszy temu bezradny szept żalu, a
zwyczajna chęć zatrzaśnięcia za sobą drzwi. Niezwykle udany utwór,
tekstowy majstersztyk o wielu możliwych interpretacjach, odwołujący się
jednocześnie do tego, co najbardziej zakorzenione w naszej kulturze – toposu
miłości jako wojny, będącej odwiecznym polem walki.
Utwór, którego
chyba nie trzeba przedstawiać nikomu, kto miał okazję na żywo słyszeć
Carpe Diem, bowiem od lat właśnie ten kawałek otwiera koncerty zespołu. Ktoś
mógłby zakwestionować zasadność umieszczania go pomiędzy premierowym
materiałem – skąd taki pomysł? Odpowiedzią niech będzie chociażby to,
jak reaguje koncertowa publiczność, która podczas takiego wstępu niezawodnie
doznaje energetycznego wstrząsu – udowodniono naukowo, iż bezruch w
przypadku tego kawałka jest fizycznie niemożliwy:) Utwór znakomicie i, co
warto podkreślić, zupełnie inaczej niż dotychczas, zaaranżowany –
gitarowy, nie tak jednak surowy, dynamiczny, zwłaszcza w mocnych refrenach i w
genialnym zakończeniu, gdzie brzmienie instrumentów idealnie dopełnia
zdecydowany wokal. Tekst niczym nas nie zaskoczy – po raz kolejny otrzymujemy
bardzo radykalne wyznanie wiary, czytelny drogowskaz – przeszkody są najczęściej
naszym własnym wytworem, jesteśmy więc w stanie je pokonać, dopóki wierzymy
w nasz przychylny wiatr, musimy jednak zdobyć się na ową bezkompromisowość.
Jeden z mocniejszych punktów płyty. 10. Moja modlitwa Tytuł tego
kawałka w dość przekorny sposób oddaje jego treść – skojarzenie bardzo
mocnych imperatywów ze zwrotek z modlitwą to zabieg wywołujące bardzo silne,
dalekie od stereotypowego, wrażenie. Przyznam, że jest to utwór, który chyba
najbardziej mnie niepokoi, bardziej nawet w warstwie muzycznej, aranżacyjnej,
niż tekstowej, choć refren znakomicie oddaje stan zawieszenia, tysiąca pytań,
na które odpowiedzią może być modlitwa. Akcent wyraźnie położony został
na refren, zdecydowanie dominujący nad całością, dopełnioną przejmującym
wokalem. Znakomite zakończenie. 11. Bezduszni Jeden z takich
utworów, które we wstępie bardzo wiele obiecują – nastrój wyczuwalny już
od pierwszych taktów, które gęstnieją w mocno zabarwiony elektroniką kawałek.
Tekst zaczyna się równie obiecująco – od bardzo osobistego, pełnego
paradoksów wyznania przechodzi, dość niespodziewanie, w wyznanie kolektywne,
przejście od „ja” do „my”, które jednakże w tym wypadku służy
uwiarygodnieniu, co w kontekście całego utworu podkreśla tytuł. Druga część
utworu ciekawsza, niż jego początek.
Płyta spięta
jest pewnego rodzaju klamrą kompozycyjną – otwiera ją i niemalże zamyka
ten sam utwór, w dwóch różnych wersjach. Zabieg ten nie jest przypadkowy: cały
materiał na krążku został dobrany w taki sposób, by stworzyć spójną
opowieść. Druga wersja „Żołnierza”, dłuższa o 19 sekund od pierwszej,
jest wersją bardziej rozbudowaną instrumentalnie, wzbogaconą o akcenty
symfoniczne, pozwalające podkreślić linię melodyczną, a także uwydatniające
ciężar tekstu, w zamyśle swym oszczędnego w środki wyrazu. Jednakże nie
tylko utwór zyskuje nowe oblicze; zyskuje je również zespół, poszukujący,
jak mamy okazję się przekonać, nowych rozwiązań, łączący przeróżne
elementy, by tworzyć muzykę eklektyczną, niebanalną, nieprzewidywalną.
Warto zwrócić uwagę na ten utwór – od pierwszego, do ostatniego taktu. 13. Poza czas (bonus) Spora
niespodzianka dla wszystkich, którzy od ponad trzech lat pozostają pod urokiem
tej wyjątkowej ballady poświęconej, jak możemy przeczytać na płycie, Największemu
z Największych, Papieżowi Janowi Pawłowi II. Przypomnijmy – „Poza czas”
to kompozycja, do której z okazji pielgrzymki Ojca Świętego w sierpniu 2002
roku tekst napisał Jacek Cygan. Utwór ten bardzo mocno wpisał się w świadomość
nas wszystkich i stał się niejako hołdem dla naszego Wielkiego Rodaka,
towarzyszył nam również w trudnym Jego pożegnaniu w kwietniu tego roku, gdy
zakończył On swoją ziemską posługę i odszedł do domu Ojca – słowa
„Zostaniesz z nami poza czas” pomogły nam pogodzić się ze stratą i, co
ważniejsze, uzmysłowiły, iż zawsze będzie nad nami czuwał. Umieszczenie
tego utworu jako epilogu do płyty „Bezczas” jest nie tylko znakomitą pointą,
prezentem dla nas, słuchaczy, ale i pewną bardzo ważną deklaracją,
doskonale korespondującą z całym materiałem zawartym na krążku. Znamienne,
iż zespół zdecydował się na pozostawienie tego nagrania w wersji takiej, w
jakiej powstało ono w 2002 roku – czyż może istnieć lepsza ilustracja dla
słów „poza czas”? Wybaczcie mi
ten przydługi wywód pełen subiektywnych spostrzeżeń kreślonych drżącą ręką.
Tytułem podsumowania nie mogę odmówić sobie zacytowania tutaj słów
Szymona, według których muzyki się nie tłumaczy, albo się ją rozumie, albo
nie, nie można siłą perswazji przekonać nikogo, by dzielił z nami nasze
gusta. Podpisuję się pod tym czterema nogami, co więcej, największą pokusą,
wobec której teraz stoję, to chęć skasowania napisanej przeze mnie recenzji
– bowiem każde zetknięcie z „Bezczasem” dokonuje pełnego spustoszenia
na moich dotychczasowych odczuciach, każde generuje tysiąc myśli, doprowadza
do wrzenia emocje. Największą radością, nie miejmy złudzeń, jest przecież
odkrywanie muzyki dla siebie, zatapianie się w niej po szyję, by odnaleźć w
niej to, czego sami nie bylibyśmy w stanie odnaleźć! Smutek, łzy, uśmiech,
złość, spokój, szczęście – jeśli dzięki tej płycie doznacie któregokolwiek
z uczuć, oznacza to, że jest ona czyś więcej niż tylko kolejnym
fonograficznym produktem na naszym rynku muzycznym. Mocne punkty płyty?
Byłoby pozbawione sensu powtarzać to, co już zostało napisane, zsyntetyzuję
jednak najbardziej rzucające się w oczy plusy dodatnie;) Po pierwsze, spójność
kompozycyjna, układ płyty, który nie jest dziełem przypadku, lecz przemyślaną
i uzasadnioną decyzją artystyczną. Nawet niezorientowany słuchacz spostrzeże,
iż utwory układają się w ni to poemat, ni to rozmowę, dialog, w którym na
pierwszy plan wysuwa się szczerość, autentyzm słów, a co ważniejsze,
poczucie przyjaźni i zaufania. Nie da się słuchać płyty fragmentarycznie,
stanowi ona bowiem nierozerwalną całość. Po drugie, przesłanie, pozytywna
filozofia carpe diem, obecna w całej twórczości zespołu. Po trzecie,
autentyzm. Po czwarte, dbałość o słowo. Po n-te, „Ostatni anioł”… Słabe punkty?
Słabym punktem „Bezczasu” jest brak słabych punktów;) Zresztą, dzieła
doskonałe zwykle takowych nie posiadają. Ale żeby nikt nie posądził mnie o
subiektywizm tudzież łapówkarstwo;)), zauważę, iż płytę cechuje wyraźne
ukierunkowanie tematyczne, które może być odczytane jako monotematyczność.
Opinia taka jednak nie będzie miała racji bytu, jeśli dokładnie wczytamy się
w teksty utworów, prezentujących nie tylko różne problemy, ale i przeróżne
perspektywy, o czym świadczy chociażby mnogość autorów. I tradycyjnie, jak przy każdej recenzji, dodam, że pragnę, abyście nie wierzyli moim słowom. Jeśli jeszcze nie sięgnęliście po „Bezczas”, nie pozwólcie odebrać sobie tej przyjemności, natomiast jeśli już zagościł on na dobre w Waszych sercach, nie zaprzestańcie poszukiwań, nie pozwólcie, by przestał Was zadziwiać, wzruszać i niepokoić. Pisząc kiedyś o płycie „Teraz wiem” życzyłam Szymonowi i zespołowi, by nigdy nie przestawali wierzyć we własne marzenia… W najdzikszych snach jednak nie spodziewałam się, że kolejnym krążkiem zrealizują tak wiele z moich marzeń. |
Reedycja płyty "Bezczas" CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie jesteś dziś" "Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak poemat" |