Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

O etykietkach

czyli IDOL – ostatnie starcie

  Każdy z nas wie, jak łatwo jest przykleić komuś etykietkę przynależności do jakiejś grupy, klasyfikującą i zamykającą w ściśle zdefiniowanym kręgu, jednocześnie oczywiste jest, jak trudno jest się owej etykietki pozbyć. Pomyślmy przez chwilę: niegdysiejszy król popu Michael Jackson...? Pedofil. Legendarny Elvis Presley...? Ćpun. A choćby nasz rodzimy Piasek, za którym ciągnie się eurowizyjny rzut futerkiem... Przykłady być może z kosmosu, jednakże nie one stanowią tutaj treść samą w sobie, mają jedynie uświadomić nam, iż jesteśmy przyzwyczajeni do klasyfikowania, upraszczania i spłaszczania tak wielowymiarowych istot, jakimi są ludzie. Skłonność ta jest całkiem naturalna, jak udowadniają psychologowie, bowiem porządkujemy w ten sposób nasze wyobrażenie o świecie, jednakże z drugiej strony tkwi w niej spore niebezpieczeństwo, nad którym zamierzam się dzisiaj chwilę zatrzymać. Krótko mówiąc, jeśli ktoś zgubił się w moim zawikłanym wstępie, nadawanie etykietek jest obecne w kontaktach międzyludzkich, co więcej, towarzyszy nam również w odniesieniu do świata sztuki, szołbiznesu, muzyki.

Przyjrzyjmy się więc kilku najbardziej popularnym etykietkom, szablonom, w które wciskana jest muzyka. Bez zastanowienia możemy wymienić tutaj sztuczny podział na gatunki czy też style muzyczne, który coraz częściej staje się pretekstem do uprawiania muzycznego szowinizmu. Cały ten bałagan z nazewnictwem oraz przyporządkowywaniem konkretnych utworów danym stylom miał sens wtedy, gdy pomagał krystalizować nowe nurty muzyczne, służył rozwojowi. Teraz, kiedy odchodzi się od starych schematów, kiedy stawia się na eklektyczność i oryginalność, nie ma sensu głowić się nad nomenklaturą, która tylko komplikuje życie.

Posłużmy się jakimś przykładem: gdy zapytać jakikolwiek zespół, tudzież wokalistę, jaki rodzaj muzyki gra, nikt nie odważy się odpowiedzieć: gram muzykę popową, rockową, a właściwie gram taką muzykę, jaką słyszysz, nazwij to sobie jak chcesz. W zamian za to usłyszymy filozoficzną tyradę, iż moja muzyka to mieszanka hip-hopu, trash-metalu, jungle, house’u, marimby, salsy, psychodelicznego acid jazzu oraz kaukaskich brzmień. Inwencja artystów pod tym względem nie zna granic, bo każdy chce być superoryginalny, ale ktoś mógłby zapytać: i co w tym złego? Niech nazywają to sobie jak im się podoba... Zgoda, jednakże owo zamieszanie z nadawaniem etykiet gatunkom muzycznym rodzi swoisty rodzaj rasizmu. Zawsze, kiedy tworzą się podziały, kategorie, rodzi się niechęć, a nawet nienawiść do tych, którzy przejawiają odmienne poglądy bądź upodobania. Tak też jest z muzycznymi etykietami: hip-hop przeciwko metalowi, metal przeciwko techno, a wszyscy razem przeciwko popowi. To tak jakby renesansowi twórcy sonetu wystąpili przeciwko tym, którzy pisali eglogi i próbowali udowodnić im swoją wyższość. Owszem, były czasy, kiedy sonet uznawany był za szczytowe osiągnięcie poetyckiego kunsztu, jednakże historia pokazuje nam, iż takie jednostronne uwielbienie jest jedynie czasowe i nietrwałe. Chcę przez to powiedzieć, że w sztuce, szeroko pojmowanej, nie ma absolutu. To, co podoba się dziś, jutro może przestać być w cenie, dlatego też ważny jest każdy wkład, jaki dany artysta wnosi do przepastnego worka z napisem kultura. Obojętnie, czy jest to jazz, czy rock, czy techno, bo i tak wartość danego utworu oceni historia, a ona nie ocenia na podstawie etykiet, lecz na podstawia tego, czy coś jest dobre czy też złe.

Pozostawmy jednak te pseudofilozoficzne rozważania pod wezwaniem Arystotelesa na rzecz rozważań nieco bardziej przyziemnych, ale nie mniej istotnych. Jedną z najczęstszych i najbardziej wyświechtanych etykiet ostatniego czasu jest etykieta IDOLA. Ciekawe, iż słowo to mające wielowiekową, bardzo przecież pozytywną tradycję, nabrało pejoratywnego znaczenia pod wpływem programu telewizyjnego, któremu nadało ono imię. Program, nie tylko w Polsce, wzbudził niemałe kontrowersje. W przeddzień ogłoszenia wyników Światowego Idola, a także w przeddzień finału III edycji Polskiego Idola, zastanówmy się nad tym, czy etykietka finalisty programu niesie z sobą, jak to się mówi, więcej plusów dodatnich czy ujemnych...? Odpowiedź nie nastręcza żadnych problemów: wystarczy spojrzeć na swoisty rodzaj protekcjonalizmu, z jakim traktowani są finaliści Idola w mediach, a przede wszystkim, przez krytykę. Finalista Idola kojarzy się wielu ludziom z dmuchaną lalką, mapetem o krótkiej żywotności, która bawiła swoim cotygodniowym szoł, ale nikt nie traktuje tego poważnie. W tym momencie przestaje szokować stwierdzenie: „Grasz fajną muzę jak na kogoś, kto wyszedł z tak beznadziejnego programu.”

Dlaczego tak się dzieje? Prawda jest taka, iż jest wiele powodów, by wykrystalizowała się taka opinia o programie. Przede wszystkim zbyt duże nasycenie programem: wiadomo, iż co za dużo, to nie zdrowo. Po sukcesie I edycji producenci idąc za ciosem wygenerowali dwie kolejne edycje w zbyt krótkich odstępach czasu, dorzucając do nich jeszcze cały szereg bonusów, tak zwanych Idoli Extra, w których to pokazywano namiętnie życie codzienne przyszłych, a jak się okazało niedoszłych idoli. Zrobił się z tego Bar Osiem, a nawet Big Brother Szesnaście, w pokoju zwierzeń którego codziennie spowiadało się stado szarych, nudnych idoli. Kolorowy festyn tandety, przeciętności podrasowanej medialnym szałem. Do tego dorzucić można jeszcze WORLD IDOL’a, żenującą parodię Eurowizji, równie bogatą w kiczowatą oprawę co ubogą w talenty, doprawioną zaś żałosną jurorską bufonadą oraz szowinizmem Amerykanina. Jaki obraz Idola nam się tutaj wyłania? Obraz, który w pewnym sensie uzasadnia nam niedocenianie talentu uczestników programu, bo nie wątpię, iż wielu z nich takowy talent posiada.

Trzeba jednak podejść do sprawy od frontu wschodniego. Jako że każdy kij ma dwa końce, tak też i w Idolu można bez trudu znaleźć wiele pozytywów. Po pierwsze: I edycja. Cały problem rozpoczął się bowiem w momencie, gdy zapadła decyzja o zdublowaniu dziewiczego pomysłu (na brytyjskiej licencji:-P). Potwierdziła się reguła, iż sequel zawsze będzie gorszy od swego pierwowzoru i nie ma co nad tym dyskutować. Z niepokojem więc obserwujemy III edycję programu, która przypomina coraz bardziej mieszaninę starych pomysłów, brodatych dowcipów i wynaturzeń. Aż strach pomyśleć, co będzie w czwartej, siódmej i dziewiętnastej edycji (tfu, tfu przez lewe ramię!).

Po drugie, oprawa muzyczna Idola była i jest naprawdę rewelacyjna. Muzyka na żywo w najlepszym wykonaniu czołowych polskich (i nie tylko) muzyków: wystarczy wspomnieć choćby Zbyszka Namysłowskiego, Reia Ceballo no i oczywiście Adama Sztabę, którzy zapewnili programowi niepowtarzalny klimat. Nie da się tego porównać z ledwo żywymi podkładami z taśmy, jakimi posłużono się w Idolu Światowym, ani też z tymi, jakie serwowane są w Szansie na Sukces.

Kolejnym z pozytywów, jakie niewątpliwie kryją się w Idolu jest uświadamianie tzw. społeczeństwu, co to znaczy dobra muzyka. W naszym pięknym kraju, gdzie najwięcej płyt sprzedają tacy artyści jak Ich3, Łzy, Stachurski i Bajm bardzo przydaje się taka cotygodniowa lekcja muzyki, wykład na temat dobrego gustu i podstawowych umiejętności krytycznego słuchacza. Nie chodzi przy tym o to, iż jurorzy forsują swoje muzyczne przekonania ośmieszając przy okazji wszelkie wynaturzenia polskiego rynku muzycznego, lecz o to, że wskazują pułapki, na jakie narażony jest nieświadomy odbiorca muzyki, taki odbiorca, który nie myśli a jedynie bezrefleksyjnie przyjmuje to, co usłyszy. Jurorzy, choć zarzuca się im niejednokrotnie chamstwo, brutalność czy niekompetencję, mówią jasno: musisz myśleć, zarówno Ty, wykonawco, jak i Ty, słuchaczu, bo inaczej wszyscy przepadniemy w morzu sępów miłości, morłów, Agnieszek i typów niepokornych. Taki teleuniwersytet pomaga nam również dostrzec to, że obecny firmament, na którym wegetują polskie gwiazdy jest fasadowy i łatwo może runąć pod naporem świeżej, idolowej krwi. Ale zostawmy te kwieciste metafory, by przejść do ostatniego, choć nie najmniej istotnego punktu tej części mojej prelekcji:-)

Jak już wspomniałam, moim zdaniem największym plusem (dodatnim!!!) programu Idol są ludzie. Nie da się ukryć, iż to właśnie ludzie, finaliści, stanowią największy kapitał Idola, bo bez ich talentu, bez ich osobowości, bez emocji, które wnieśli, program nie miałby ani sensu, ani oglądalności. Nazwiska??? Ależ bardzo proszę: Szymon Wydra. Ale również Ania Dąbrowska, Ewelina Flinta, Gosia Stępień, Tomek Makowiecki... Ludzie ukształtowani muzycznie do tego stopnia, by o własnych siłach stanąć na naszej scenie i wiele na niej dokonać.

I tutaj pojawia się problem – etykietka Idola okazuje się przeszkadzać. Muzyk, wokalista, który od ponad dziesięciu lat gra ze swoim zespołem, pisze swoje utwory, słyszy nagle: „jak na finalistę tak beznadziejnego programu, jesteś dobry.” Czy trzymiesięczny pobyt w programie jest tutaj ważniejszy niż dziesięcioletni staż w zespole? Czy to Idol ukształtował Szymona Wydrę, czy tutaj rozpoczyna się jego muzyczne życie? Nie, Idol był jedynie epizodem, z pewnością przełomowym, ale w sensie promocji, a nie w sensie artystycznym. Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż Szymon wciąż gra ze swoim zespołem, Carpe Diem, czego nie zmieni idolowa etykietka.

Walczyć z mianem Idola, z owym plastikowym balastem, udawać, że go nie ma, że nigdy nie było, czy nosić jego brzemię niczym pokutę za skróconą drogę do zdobycia popularności? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Im bardziej bowiem chce się walczyć, tym wyraźniej ciągnie się za artystą niechciana etykietka. Jedno jest pewne: musimy przestać demonizować Idola, przestać traktować go jak plamę na honorze prawdziwego artysty. W tym naszym ciekawym kraju, w którym dobra płyta sprzedaje się średnio w 20 tysiącach egzemplarzy, potrzebna jest dobra promocja, szczególnie jeśli idzie ona w parze z rozrywką i przystępną edukacją muzyczną. Poza tym Idol nauczył nas jeszcze jednego: to nie dzięki temu programowi robi się karierę; to pomimo tego programu, wbrew nieprzychylnym opiniom, jakie na jego temat krążą można zrobić karierę. Ci, którym się to udaje udowadniają, że mają prawdziwy talent i na miano idola będą zasługiwać dzięki swej własnej pracy, a nie dzięki pseudodemokratycznemu głosowaniu audiotele...

Amen

To tyle na dziś. Jeśli dobrnąłeś do końca, drogi czytelniku, składam Ci serdeczne gratulacje. Za cierpliwość i wyrozumiałość dziękuje super-hiper-prelegentka, alge:-)

29.12.2003

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"