|
|
|
O etykietkach czyli
IDOL – ostatnie starcie Przyjrzyjmy
się więc kilku najbardziej popularnym etykietkom, szablonom, w które wciskana
jest muzyka. Bez zastanowienia możemy wymienić tutaj sztuczny podział na
gatunki czy też style muzyczne, który coraz częściej staje się pretekstem
do uprawiania muzycznego szowinizmu. Cały ten bałagan z nazewnictwem oraz
przyporządkowywaniem konkretnych utworów danym stylom miał sens wtedy, gdy
pomagał krystalizować nowe nurty muzyczne, służył rozwojowi. Teraz, kiedy
odchodzi się od starych schematów, kiedy stawia się na eklektyczność
i oryginalność, nie ma sensu głowić się nad nomenklaturą, która tylko
komplikuje życie. Posłużmy
się jakimś przykładem: gdy zapytać jakikolwiek zespół, tudzież wokalistę,
jaki rodzaj muzyki gra, nikt nie odważy się odpowiedzieć: gram muzykę popową,
rockową, a właściwie gram taką muzykę, jaką słyszysz, nazwij to sobie jak
chcesz. W zamian za to usłyszymy filozoficzną tyradę, iż moja muzyka to
mieszanka hip-hopu, trash-metalu, jungle, house’u, marimby, salsy,
psychodelicznego acid jazzu oraz kaukaskich brzmień. Inwencja artystów pod tym
względem nie zna granic, bo każdy chce być superoryginalny, ale ktoś mógłby
zapytać: i co w tym złego? Niech nazywają to sobie jak im się podoba...
Zgoda, jednakże owo zamieszanie z nadawaniem etykiet gatunkom muzycznym rodzi
swoisty rodzaj rasizmu. Zawsze, kiedy tworzą się podziały, kategorie,
rodzi się niechęć, a nawet nienawiść do tych, którzy przejawiają odmienne
poglądy bądź upodobania. Tak też jest z muzycznymi etykietami: hip-hop
przeciwko metalowi, metal przeciwko techno, a wszyscy razem przeciwko popowi. To
tak jakby renesansowi twórcy sonetu wystąpili przeciwko tym, którzy pisali
eglogi i próbowali udowodnić im swoją wyższość. Owszem, były czasy, kiedy
sonet uznawany był za szczytowe osiągnięcie poetyckiego kunsztu, jednakże
historia pokazuje nam, iż takie jednostronne uwielbienie jest jedynie czasowe i
nietrwałe. Chcę przez to powiedzieć, że w sztuce, szeroko pojmowanej, nie ma
absolutu. To, co podoba się dziś, jutro może przestać być w cenie, dlatego
też ważny jest każdy wkład, jaki dany artysta wnosi do przepastnego worka z
napisem kultura. Obojętnie, czy jest to jazz, czy rock, czy techno, bo i
tak wartość danego utworu oceni historia, a ona nie ocenia na podstawie
etykiet, lecz na podstawia tego, czy coś jest dobre czy też złe. Pozostawmy
jednak te pseudofilozoficzne rozważania pod wezwaniem Arystotelesa na rzecz
rozważań nieco bardziej przyziemnych, ale nie mniej istotnych. Jedną z najczęstszych
i najbardziej wyświechtanych etykiet ostatniego czasu jest etykieta
IDOLA. Ciekawe, iż słowo to mające wielowiekową, bardzo przecież pozytywną
tradycję, nabrało pejoratywnego znaczenia pod wpływem programu telewizyjnego,
któremu nadało ono imię. Program, nie tylko w Polsce, wzbudził niemałe
kontrowersje. W przeddzień ogłoszenia wyników Światowego Idola, a także w
przeddzień finału III edycji Polskiego Idola, zastanówmy się nad tym, czy
etykietka finalisty programu niesie z sobą, jak to się mówi, więcej plusów
dodatnich czy ujemnych...? Odpowiedź nie nastręcza żadnych problemów:
wystarczy spojrzeć na swoisty rodzaj protekcjonalizmu, z jakim
traktowani są finaliści Idola w mediach, a przede wszystkim, przez krytykę.
Finalista Idola kojarzy się wielu ludziom z dmuchaną lalką, mapetem o krótkiej
żywotności, która bawiła swoim cotygodniowym szoł, ale nikt nie traktuje
tego poważnie. W tym momencie przestaje szokować stwierdzenie: „Grasz fajną
muzę jak na kogoś, kto wyszedł z tak beznadziejnego programu.” Dlaczego
tak się dzieje? Prawda jest taka, iż jest wiele powodów, by wykrystalizowała
się taka opinia o programie. Przede wszystkim zbyt duże nasycenie programem:
wiadomo, iż co za dużo, to nie zdrowo. Po sukcesie I edycji producenci idąc
za ciosem wygenerowali dwie kolejne edycje w zbyt krótkich odstępach czasu,
dorzucając do nich jeszcze cały szereg bonusów, tak zwanych Idoli
Extra, w których to pokazywano namiętnie życie codzienne przyszłych, a jak
się okazało niedoszłych idoli. Zrobił się z tego Bar Osiem, a nawet Big
Brother Szesnaście, w pokoju zwierzeń którego codziennie spowiadało się
stado szarych, nudnych idoli. Kolorowy festyn tandety, przeciętności
podrasowanej medialnym szałem. Do tego dorzucić można jeszcze WORLD IDOL’a,
żenującą parodię Eurowizji, równie bogatą w kiczowatą oprawę co
ubogą w talenty, doprawioną zaś żałosną jurorską bufonadą oraz
szowinizmem Amerykanina. Jaki obraz Idola nam się tutaj wyłania? Obraz, który
w pewnym sensie uzasadnia nam niedocenianie talentu uczestników programu, bo
nie wątpię, iż wielu z nich takowy talent posiada. Trzeba
jednak podejść do sprawy od frontu wschodniego. Jako że każdy kij ma dwa końce,
tak też i w Idolu można bez trudu znaleźć wiele pozytywów. Po pierwsze: I
edycja. Cały problem rozpoczął się bowiem w momencie, gdy zapadła decyzja o
zdublowaniu dziewiczego pomysłu (na brytyjskiej licencji:-P). Potwierdziła
się reguła, iż sequel zawsze będzie gorszy od swego pierwowzoru i nie ma co
nad tym dyskutować. Z niepokojem więc obserwujemy III edycję programu, która
przypomina coraz bardziej mieszaninę starych pomysłów, brodatych dowcipów i
wynaturzeń. Aż strach pomyśleć, co będzie w czwartej, siódmej i dziewiętnastej
edycji (tfu, tfu przez lewe ramię!). Po drugie, oprawa muzyczna Idola była i jest naprawdę rewelacyjna. Muzyka na żywo w najlepszym wykonaniu czołowych polskich (i nie tylko) muzyków: wystarczy wspomnieć choćby Zbyszka Namysłowskiego, Reia Ceballo no i oczywiście Adama Sztabę, którzy zapewnili programowi niepowtarzalny klimat. Nie da się tego porównać z ledwo żywymi podkładami z taśmy, jakimi posłużono się w Idolu Światowym, ani też z tymi, jakie serwowane są w Szansie na Sukces. Kolejnym
z pozytywów, jakie niewątpliwie kryją się w Idolu jest uświadamianie tzw.
społeczeństwu, co to znaczy dobra muzyka. W naszym pięknym kraju, gdzie najwięcej
płyt sprzedają tacy artyści jak Ich3, Łzy, Stachurski i Bajm bardzo przydaje
się taka cotygodniowa lekcja muzyki, wykład na temat dobrego gustu i
podstawowych umiejętności krytycznego słuchacza. Nie chodzi przy tym o to, iż
jurorzy forsują swoje muzyczne przekonania ośmieszając przy okazji wszelkie
wynaturzenia polskiego rynku muzycznego, lecz o to, że wskazują pułapki, na
jakie narażony jest nieświadomy odbiorca muzyki, taki odbiorca, który
nie myśli a jedynie bezrefleksyjnie przyjmuje to, co usłyszy. Jurorzy, choć
zarzuca się im niejednokrotnie chamstwo, brutalność czy niekompetencję, mówią
jasno: musisz myśleć, zarówno Ty, wykonawco, jak i Ty, słuchaczu, bo inaczej
wszyscy przepadniemy w morzu sępów miłości, morłów, Agnieszek i typów
niepokornych. Taki teleuniwersytet pomaga nam również dostrzec to, że obecny
firmament, na którym wegetują polskie gwiazdy jest fasadowy i łatwo może runąć
pod naporem świeżej, idolowej krwi. Ale zostawmy te kwieciste metafory, by
przejść do ostatniego, choć nie najmniej istotnego punktu tej części mojej
prelekcji:-) Jak
już wspomniałam, moim zdaniem największym plusem (dodatnim!!!) programu Idol
są ludzie. Nie da się ukryć, iż to właśnie ludzie, finaliści, stanowią
największy kapitał Idola, bo bez ich talentu, bez ich osobowości, bez emocji,
które wnieśli, program nie miałby ani sensu, ani oglądalności. Nazwiska???
Ależ bardzo proszę: Szymon Wydra. Ale również Ania Dąbrowska,
Ewelina Flinta, Gosia Stępień, Tomek Makowiecki... Ludzie ukształtowani
muzycznie do tego stopnia, by o własnych siłach stanąć na naszej scenie i
wiele na niej dokonać. I
tutaj pojawia się problem – etykietka Idola okazuje się przeszkadzać.
Muzyk, wokalista, który od ponad dziesięciu lat gra ze swoim zespołem, pisze
swoje utwory, słyszy nagle: „jak na finalistę tak beznadziejnego programu,
jesteś dobry.” Czy trzymiesięczny pobyt w programie jest tutaj ważniejszy
niż dziesięcioletni staż w zespole? Czy to Idol ukształtował Szymona Wydrę,
czy tutaj rozpoczyna się jego muzyczne życie? Nie, Idol był jedynie epizodem,
z pewnością przełomowym, ale w sensie promocji, a nie w sensie artystycznym.
Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż Szymon wciąż gra ze swoim zespołem,
Carpe Diem, czego nie zmieni idolowa etykietka. Walczyć
z mianem Idola, z owym plastikowym balastem, udawać, że go nie ma, że
nigdy nie było, czy nosić jego brzemię niczym pokutę za skróconą drogę do
zdobycia popularności? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Im
bardziej bowiem chce się walczyć, tym wyraźniej ciągnie się za artystą
niechciana etykietka. Jedno jest pewne: musimy przestać demonizować Idola,
przestać traktować go jak plamę na honorze prawdziwego artysty. W tym naszym
ciekawym kraju, w którym dobra płyta sprzedaje się średnio w 20 tysiącach
egzemplarzy, potrzebna jest dobra promocja, szczególnie jeśli idzie ona w
parze z rozrywką i przystępną edukacją muzyczną. Poza tym Idol nauczył nas
jeszcze jednego: to nie dzięki temu programowi robi się karierę; to pomimo
tego programu, wbrew nieprzychylnym opiniom, jakie na jego temat krążą można
zrobić karierę. Ci, którym się to udaje udowadniają, że mają prawdziwy
talent i na miano idola będą zasługiwać dzięki swej własnej pracy, a nie
dzięki pseudodemokratycznemu głosowaniu audiotele... Amen To tyle na dziś. Jeśli dobrnąłeś do końca, drogi czytelniku, składam Ci serdeczne gratulacje. Za cierpliwość i wyrozumiałość dziękuje super-hiper-prelegentka, alge:-) 29.12.2003 |
Reedycja płyty "Bezczas" CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie jesteś dziś" "Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak poemat" |