Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

O dobrym guście

czyli słowo na niedzielę w sprawie muzycznego ekumenizmu

Obserwując współczesną scenę muzyczną, zarówno polską, jak i światową, można dojść do wniosku, iż w muzycznym szołbiznesie niepodzielnie króluje wojna. Nie chodzi tutaj nawet o sporadyczne zamachy terrorystyczne, które w świecie muzyki pojawiały się zawsze, różnica między nimi polegała jedynie na sile wstrząsu z jaką niszczyły i przeobrażały muzyczną świadomość. Jesteśmy natomiast świadkami regularnej bitwy, w której stawka toczy się przede wszystkim o wielkie pieniądze, sławę, i Bóg wie jeszcze o co. Bitwy, w której naprzeciwko siebie stają nie tylko wielkie wytwórnie płytowe, stacje telewizyjne, krytycy muzyczni, ale również sami artyści i ich fani. Co gorsza, jest to wojna, której nikt nie może wygrać, wszyscy natomiast wychodzą z niej z poważnymi stratami.

Skąd wzięło się u mnie owo szokujące zestawienie muzyki z wojną? Można by pomyśleć, że tym razem przesadziłam nieco z poetyzowaniem moich poglądów i ubieraniem ich w grubo ciosane metafory, jednakże tym razem sprawa jest poważna. Jako osoba zainteresowana muzyką, a jednocześnie reprezentująca przeciętnego słuchacza o niedużej wiedzy na temat inżynierii szołbiznesu, mam również swoje prawo do niepokoju. Niepokoju, który rodzi się, gdy muzyka coraz częściej staje się źródłem nienawiści i przemocy. Prawdopodobnie, gdyby arkana muzycznego biznesu były mi lepiej znane, owo niepokojące zjawisko wcale nie dostarczyłoby mi zdziwienia i pretekstu do postawienia pytania: o co chodzi?

Stara mądrość ludowa mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W tym miejscu jednak, abstrahując od problemów finansowych, wytwórni, kontraktów, etc, chciałabym skierować Waszą uwagę w nieco inną stronę, mianowicie w stronę muzycznej tolerancji, która jest zjawiskiem dość intrygującym. Nie trzeba chyba nikomu uświadamiać, na czym zjawisko owo polega, bowiem nawet pięciolatek wie, iż fani metalu i fani hip-hopu nie pałają do siebie miłością, zaś fani Linkin Park w pogardzie mają fanów Łez. Warto jednak przyjrzeć się tolerancji z nieco innej perspektywy: co sprawia, że o ile potrafimy być tolerancyjni wobec każdej mniejszości, czy to etnicznej, czy religijnej, czy też seksualnej, o tyle nie umiemy się zdobyć na tolerancję wobec pewnych rodzajów muzyki. Zapewne problem ten nie pojawił się na świecie wraz z nastaniem ery komputerów i laserów – być może już Mozart miał swoich fanatycznych szalikowców, którzy opluwali Bethoveena i jego zwolenników, jednakże prawdziwy rozkwit muzycznego szowinizmu następuje dopiero w momencie wyraźnego krystalizowania się gatunków w muzyce.  Zdawać by się mogło, że dochodzimy tutaj do sedna sprawy – im więcej różnic pomiędzy gatunkami, tym większa nienawiść, bo jak sugeruje psychologia, inność wywołuje w nas lęk, który z kolei budzi agresję. Ale czy na pewno?

Wątpliwości rodzą się u mnie w momencie, gdy pojawia się pojęcie gatunku – zdecydowanie kluczowe pojęcie we współczesnej muzyce, a co za tym idzie, jak większość pojęć kluczowych, kompletnie bezużyteczne. Czemu miałyby bowiem służyć sztucznie stworzone kategorie: pop, rock, blues, techno, etc.? Przecież o ich bezsensowności przekonujemy się na każdym kroku, np. przykład, gdy pyta się młodego wykonawcę o to, w jakim stylu jest jego utwór czy płyta. Dowiadujemy się od niego, że będzie to oryginalna mieszanka soulu, funky, jazzu, hip-hopu z domieszką rocka, a po chwili możemy usłyszeć typowy utwór popowy. I nie wiadomo tak naprawdę, czy ktoś tutaj ściemnia, czy po prostu granice owych kategorii są tak płynne i niezdefiniowane, że można pomieścić w nich wszystko tak, by nic z tego nie wynikało. Dochodzi wręcz do takich absurdów, iż wysuwane są oskarżenia pod adresem zespołów i wykonawców, którzy zdaniem krytyki nie mieszczą się w swoich kategoriach. Zarzuca się zespołowi rockowemu, że zagrał zbyt popowo, a raperom wypomina się współpracę z popgwiazdkami. Można odnieść wrażenie, iż krytykom marzy się, aby zaczęto mierzyć zawartość rocka w rocku, jazzu w jazzie albo czego tam jeszcze sobie wymyślą.  Absurdalność owego maniakalnego uporu, z jakim klasyfikuje się wszystko, co wydaje jakiekolwiek dźwięki polega, moim zdaniem, przede wszystkim na tym, że to nie muzycy powinni dopasowywać się do danego gatunku, lecz powinni go tworzyć. Nie chodzi bowiem o to, by wypełniać pozostawione przez  autorytety ramki, ale o to, by owe ramki rozbijać autorytetom na głowie, olewać schematy, niszczyć skostniałe szablony.

Kategoryzacja w muzyce spłyca ją i banalizuje. Sprawia, iż patrzymy na muzykę jak na regał z półkami, na których leżą odpowiednio poszeregowane płyty. A przecież siła muzyki tkwi w tym, iż nigdy nie da się ona zdefiniować jednym pojęciem – wytrychem. Osobiście bezużyteczności owych gatunków muzycznych doświadczam często na sobie: choć nie przepadam za hip-hopem, jest wiele utworów, które lubię i wielu wykonawców, których cenię. Nie słucham metalu, ale nie raz zdarzało mi się szaleć na koncercie trash-metalowców. Równocześnie, mimo iż uwielbiam muzykę rockową, jest sporo kawałków, które działają mi na ośrodkowy układ nerwowy w sposób bardzo niekorzystny. 

Jedynym słusznym podziałem w muzyce, co nie jest moim własnym odkryciem, jest podział na muzykę dobrą i złą. Myliłby się jednak ten, kto stwierdziłby, iż podział ten likwiduje wszelkie problemy. Wręcz przeciwnie, niezrozumienie owych pojęć może prowadzić do wielu nieporozumień. Skąd bowiem mamy wiedzieć, która muzyka jest dobra, a która zła? Już same słowa „dobry” i „zły” sugerują nam wartościowanie, czyli subiektywność. Dobra muzyka to ta, która nam się podoba, którą słuchamy, zaś zła to ta, która nieszczególnie przypada nam do gustu. Jest to bardzo dobre stwierdzenie, jednakże ważniejsze od niego jest to, iż każdej muzyce należy się z naszej strony szacunek i tolerancja, nawet wobec tej złej, bowiem to co dla nas złe, dla kogoś innego może być dobre. Nie chodzi mi o popieranie kiczu, lecz o przyznanie prawa każdemu z osobna, aby mógł według własnych kryteriów wybrać dla siebie tę muzykę, która mu odpowiada. Jeśli chcemy, by scena muzyczna coraz mniej przypominała pole minowe tudzież linię frontu, powinniśmy każdemu pozwolić na autonomię gustu, choćby wydawał on się nam estetycznie nie do przyjęcia. Wtedy z pewnością muzyka w większym stopniu zacznie łagodzić nasze obyczaje. Życzę tego zarówno Wam jak i sobie.

alge, 14.11.2003

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"