|
| |
Moja
modlitwa
"Moją modlitwę" już
od dobrych kilku tygodni możemy usłyszeć w stacjach radiowych jako kolejny,
piąty już singiel z płyty "Bezczas", nie wypada więc nie
skomentować tego wyboru. Problemem, mówiąc przekornie, drugiego krążka
Carpe Diem jest, o czym nie trzeba chyba nikogo przekonywać, jego przebojowość:
prócz tego, iż zawiera on utwory przemyślane tekstowo, różnorodne
emocjonalnie, ale spójne jeśli chodzi o zamysł o kompozycję, prócz tego, że
jest płytą mądrą, nonkonformistyczną w warstwie światopoglądowej
(wprawdzie nie jest to hiphopowo buńczuczny protest przeciwko rządom braci
tudzież społeczne lizusowstwo dla mas, jednakże nie proponuje on łatwych
rozwiązań na skróty, stawiając raczej na trudniejszą drogę: drogę walki o
samego siebie, o własne człowieczeństwo a także o stawianie sobie - i przede
wszystkim sobie - zawsze wysokich wymagań), jednocześnie jednak ubraną w
proste środki przekazu: melodyjny rock nowocześnie zaaranżowany i zagrany,
bez fałszywego patosu czy marketingowo uzasadnionych chwytów w warstwie
muzycznej.
Każdy, kto miał do czynienia z całością płyty mógł zauważyć, iż jej
kompozycja jest niezwykle spójna, co nie zmienia faktu, że poszczególne
utwory to - pokuszę się o odrobinę grafomaństwa na rzecz słusznej w tym
miejscu hiperboli - całkowicie odrębne byty o wielkim ładunku emocjonalnym,
wystarczy wspomnieć trzy, moim zdaniem, utwory totalne: "Ostatni anioł",
"Żołnierz - za waszą i naszą krew" oraz "Bezczas". Wiele
jest na płycie kompozycji, które zasługują - choć nie o zasługi tutaj
przecież chodzi - na to, by medialnie reprezentować płytę, bowiem cechuje je
tzw. przebojowość - cokolwiek owo pojęcie-wytrych miałoby znaczyć.
"Wojna serc", "Siła wiatru", "Musisz uwierzyć"
czy "Nie chcę" to kawałki zaczepne, niepowtarzalne, energetyczne,
drapiące w ucho. Czy "Moja modlitwa" jest więc dobrym wyborem?
Począwszy od tytułu nasuwają się wątpliwości: skojarzenia zdają się być
oczywiste. Wystarczy jednak wsłuchać się w tekst utworu, a także spojrzeć
szerzej na twórczość Carpe Diem (i nie mówię tutaj jedynie o emblematycznym
"Do nieba nie chodzę", ale również - i z premedytacją - o ludzkim
wymiarze utworu "Poza czas"!), by zrozumieć zabieg, jakim było
nadanie właśnie takiego tytułu dziesiątemu utworowi z płyty. Tekst,
przypomnijmy, autorstwa Szymona, Zbyszka i Roberta Piekarskiego, uderza swoją
bezpośrednością i brakiem jakiegokolwiek kompromisu wobec zasad, które tak
jasno definiują człowieczeństwo w kontekście - nie bójmy się tego słowa -
bezczasu, nie zaś w kontekście wyświechtanych i usprawiedliwiających dziś
wszystko "czasów". Refren jednak poddaje wszystko w wątpliwość:
"co mi świat na dziś wymyślił?", co tak drastycznie kontrastuje ze
zwrotką, iż każe zastanowić się nad sensem słowa "modlitwa", które
przybiera tutaj przekorny, moim zdaniem, wymiar. Modlitwa, która nie wzbije się
na wyżyny tego, co nadludzkie, modlitwa, która do nieba nie chodzi, bo jest
jej nie po drodze, modlitwa człowieka, któremu nie obcy głód i strach -
jedyna możliwa w świecie, w którym - nie zapominajmy! - ostatni anioł spadł.
Nie mam ambicji, by interpretować czy przekonywać o jakimkolwiek kluczu
interpretacyjnym do tego utworu, chciałabym jedynie zwrócić uwagę na to, iż
nie jest od ani trochę utworem jednoznacznym, od samego początku po sam
koniec: "ty także wierzysz w cud/ jak każdy z nas".
W kontekście całej płyty "Moja modlitwa" więc zajmuje miejsce wyjątkowe.
Nie trudno zauważyć, jakimi kolorami malowany jest nastrój "Bezczasu"
i jak wielka rozpiętość istnieje w przekazie, jaki odczytać możemy z
poszczególnych piosenek. Ktoś kiedyś bardzo mądrze powiedział: cztery
strony świata są trzy: północ i południe, i "Bezczas" właśnie
wskazuje nam owe dwa bieguny, ową drogę pomiędzy "Żołnierzem" a
"Życiem jak poemat", pomiędzy "Bezczasem" a "Listem
od Pana B.". "Moja modlitwa" jest poniekąd syntezą tego, o czym
wcześniej tak dobitnie śpiewał Szymon: o tym definiującym nas wszystkich
zawieszeniu pomiędzy naszym człowieczeństwem - kochanym, przeklinanym, od którego
nie możemy uciec ani się uwolnić - a pragnieniem transcendencji w naszym życiu,
pragnieniem, by stał się cud, choćby miał dotyczyć tylko i wyłącznie
nas... Modlimy się, ale w tej modlitwie zawsze pozostaniemy tylko ludźmi -
tylko i aż - tu i teraz, w jedynym dostępnym dla nas raju chwili, na ziemi, u
boku drugiego, kochanego przez nas człowieka. Nie twierdzę, iż jest to
deklaracja ateizmu - wręcz przeciwnie - jednakże utwór ten, jak i wiele
innych kawałków Carpe Diem, uderza swoim nieprzejednanym humanizmem, ową
koniecznością chwytania dnia, drobnych chwil szczęścia, bowiem dzięki nim
tak naprawdę chronimy się przed bezczasem samotności.
Wywód ów, który był mi wyciekł spod palców, miał być jedynie odpowiedzią
na pytanie, czy "Moja modlitwa" spełni swoje zadanie jako kolejny
singiel z płyty, jak to jednak bywa przy braku samodyscypliny i przy bijącym
sercu, poszedł w nieco inną stronę. Nie wiem, czy utwór ten zachwyci słuchaczy
w takim samym stopniu, co "Życie jak poemat" czy "Bezczas"
- widocznie miałam dwóję z marketingu, ale wiem jedno: "Moja
modlitwa" to nie tylko piosenka, która przebojowością dorównuje
"Teraz wiem", ale przede wszystkim to kolejne wyzwanie dla nas, słuchaczy.
Czy sprostamy jemu wierząc w cud? Którędy pójdziemy wśród tysięcy pytań
i czarnych myśli, jakie każdego dnia stawiają nam nasze okoliczności? Niech
każdy sam odpowie sobie na to pytanie. Ja osobiście dziękuję, że ktoś
potrafi nam je jeszcze postawić.
Wybaczcie, rozpisałam się trochę...
Jeśli komuś udało się przebrnąć przez moje bazgroły, chylę czoła i
gratuluję.
alge, 17.07.2006
| |
Reedycja płyty "Bezczas"
CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie
jesteś dziś"
"Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak
poemat"
|