Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Marność nad marnościami...

...czyli o tym, jak nie zostać Idolem

Całkiem niedawno próbowałam wykazać, że dla finalistów obu edycji programu Idol jest miejsce na polskim rynku muzycznym. Zdania nie zmieniłam, nadal twierdzę, że w Polsce jest duże zapotrzebowanie na świeżą, śpiewającą krew, natomiast co do bycia Idolem mam poważne wątpliwości. Nie piszę tego tylko pod wpływem ostatnich wydarzeń, które u wielu wywołały mały kryzys wartości; właściwie od dawna zastanawiałam się, dlaczego druga edycja Idola nie podoba mi się tak bardzo, jak pierwsza. Nie ma w tym żadnego metafizycznego niepokoju, jedynie zdroworozsądkowa próba porównania i wyciągnięcia wniosków co do programu. Oto, co przychodzi mi do głowy.

Nie oszukujmy się, pod względem osobowościowym II edycja Idola to porażka. Zanim nie zgodzicie się ze mną, popatrzmy, kogo tutaj mamy? Wielki faworyt internautów, jurorów i Bóg wie jeszcze kogo – Krzysiu Zalewski, osiemnastoletni Iron Maiden (z akcentem na maiden), metal z przekonania, stricte nota bene ciężkie granie, długie pióra, skóra, prześmieszne koszulki i zabłocone glany. Wygadany jak mało kto, zwykle ma bardzo dużo do powiedzenia, a elokwencją może się mierzyć z Kubą W. Jestem jednak ciekawa, ilu prawdziwych metali głosuje na Krzysia (o ile którykolwiek metal wie, co to Idol)... Zdaje się, że Krzysiu to taka hardkorowa wersja Ali Janosz, a głosują na niego te same dwunastolatki, których pół roku temu zafascynowała mała Idolka. Kolejna osobowość? Niejaki Hom Bartłomiej, rzucający się w oczy nie tylko z powodu rozmiarów, co koszulek, peruk i tym podobnych gadżetów, które działają na nerwy Kubie Wojewódzkiemu. Rzeczywiście, Hom to bardzo interesująca postać: nazwisko na 6 (zapamiętywalne, etc.), wygląd na 5 (wolę brunetów), pomysły na 4, wokal na 3- (zależy, czy poprzedniego dnia imprezował z Krzysiem Z.). Ogólne wrażenie średnie, z pewnością nadaje się do telewizji, ale pogodę w Polsacie zapowiada już, niestety, Kuba Rutnicki. Kolejny kandydat do oszałamiającego wielkiego finału to Mariusz Totoszko, prywatnie tatuś Homa i mąż Marty Smuk. Biedny jak mysz kościelna pan Totoszko liczy, że ktoś go w Idolu przyuważy i zatrudni w jakimś serialu, najlepiej w roli zimnego drania, ewentualnie w bojzbendzie, albo lepiej nie, bo pan Totoszko ma nieświeży oddech. Śpiewać Mario umie, to fakt, no i wygląda dobrze, jak się nim fryzjer i makijażystka zaopiekują, ale to chyba tyle, co można o nim powiedzieć. Jedyna niewiasta, która bardzo dziwnym trafem znalazła się z powrotem w programie, to Marta Smuk. Jeszcze niedawno grzechu warta, poprawiająca bilans energetyczny naszego kraju na odcinku charyzmatycznych wokalistek, dziś zdegradowana do karierowiczki, tupeciary i idolowej zabójczyni biednej Gosi Kunc. Taki Krzysiu Z. na przykład, gdyby był na miejscu Marty, strzeliłby sobie w łeb. Całkiem słusznie, choć szkoda by było, bo za rolę Consueli Oscar murowany. No i Marta ładnie śpiewa, to fakt. Ktoś jeszcze? Jak już jesteśmy przy pani Marcie, to trzeba wspomnieć o Agnieszce Szewczyk, która olała Idola i nie skorzystała z możliwości wejścia ponownego do programu. Jak stwierdził główny autorytet moralny programu – Krzysztof Wiadomo Jaki – był to dobry cios, bo Aga wykazała swoją klasę i charakter. Szkoda, że dopiero po wypadnięciu z programu, bo wcześniej ta świetna wokalistka osobowościowo ginęła w gąszczu idolowych gaduł i księżniczek. A jako przyszła polonistka powinna iść na korki z elokwencji i wysławiania się do... wiadomo kogo.

Następna niech będzie sprawczyni całego zamieszania – Hania Stach, nie ukrywam, od samego początku działająca mi na ośrodkowy układ nerwowy w sposób nader nieprzyjemny. Tak więc, koleżanka Hania, działająca na panów lepiej niż viagra, chyba troszkę za wcześnie poczuła się idolką. Owszem, śpiewa lepiej od swej chlebodawczyni (w sumie nie trudno śpiewać od niej lepiej), która na wieść o tym, że jej chórzystka jest w Idolu, uciekła czym prędzej do USA uczyć się śpiewać...

Wielką przegraną Idola, Tomkiem Makowieckim II edycji została okrzyknięta niejaka Małgorzata Kunc, radomianka. A jako że Radom bliski jest memu sercu, będę się wypowiadać w samych superlatywach. Gosia śpiewa ... hmmm, żeby nie używać zbyt wyświechtanych słów, napiszę – pięknie. Ma dar, talent, iskrę bożą, nie ważne jak to nazwiemy. Najlepiej posłuchać „Calling you” albo „Hound dog” w jej wykonaniu – i już wiadomo, o co chodzi. Niestety, łudzące podobieństwo do Alicji Janosz przysporzyło jej wielu krytyków, choć tak naprawdę z Alą łączy ją jedynie wzrost i wiek, co niekoniecznie musi wypadać na koszt Gosi.

Warto by jeszcze wspomnieć o Magdzie Rejtczak, która jak się mieliśmy okazję przekonać w Idolu Extra, wcale nie umie tak dobrze śpiewać. Zdecydowanie najmniej interesująca postać Idola, słaba zapamiętywalność, osobowość raczej mało pociągająca, przynajmniej dla mnie. No i szczęścia w doborze repertuaru też brak, w przeciwieństwie do kolejnego uczestnika, finalisty i faworyta wielu osób, w tym mojego.

Największym atutem Bartosza Króla okazało się być nie nazwisko, lecz wokal. Niestety, nie docenili tego ani jurorzy, ani widzowie, którzy tak jak rodzina i przyjaciele odwrócili się od Bartka. Pozostaje mu teraz jedynie sprzątanie albo cisza. A szkoda.

Pozostał jeszcze ktoś? Człowiek bez nazwiska, za to o dwóch imionach (w Hiszpanii świetnie by się sprzedawał, bo tam co drugi rzewny plexiglas ma na imię Alejandro) – Damian Aleksander. Przystojny, sympatyczny aktor ma jednak wysoko rozwinięty zmysł destrukcyjny: z wielkim wyczuciem popełnił estradowe samobójstwo dobierając sobie repertuar. A mogło być tak pięknie, gdyby Damiano postanowił pozostać przy patriotycznym szansonizmie...

Tak wygląda finałowa dziesiątka – raczej żałośnie i z pewnością nieciekawie. Najsmutniejsze jest jednak to, że programu nie uratowałby ani Patyk – starszy brat Krzysia Zalewskiego, ani pseudogóralka Buła, ani rusałkowata Karina Kalczyńska, ani aktor Zagrobelny, ani nikt inny... Prawda jest taka, że II edycji brak wielkiej muzycznej indywidualności na miarę Flinty, Wydry czy Makowieckiego, którzy nie tylko okazali się rewelacyjnymi wokalistami, ale przede wszystkim potrafili włączyć prąd w moim (i chyba nie tylko moim) osobistym krześle elektrycznym.

Winni tej sytuacji są jednakże nie tylko uczestnicy programu, ale również producenci, którzy korzystając z oszałamiającej popularności Idola postanowili raczyć nas wiadomościami z domu Idoli, prób i innych tego typu miejsc – krótko mówiąc, zrobili z Idola kolejne realiti szoł, niewiele różniące się od Baru czy Big Brother’a. Uczestnicy, zamiast skupić się na muzyce, na przygotowaniu do koncertów muszą dzielić się z widzami swoją, najczęściej nieciekawą codziennością, muszą zaprosić nas do swoich, najczęściej zwyczajnych, domów, muszą ciągle gadać do kamer, choć nie zawsze mają coś interesującego do powiedzenia... Na siłę robi się z nich gwiazdy, choć, jak mawia Kuba Wojewódzki, większości z nich przydałby się całkowity tuning osobowości. Efekt…? Wiadomo jaki.

Mimo wszystko, cieszę się, że II edycja okazała się artystyczno – osobowościawym niewypałem. Z czystym sumieniem mogę więc słuchać sobie płyty Szymona, Tomka, czekać na płytę Eweliny i Ani Dąbrowskiej... Może więc naczelne hasło Idola: „Idol może być tylko jeden” nie odnosi się do osoby, ale do edycji...?

alge, 07.02.2003 

 

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"