Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Koncerty

Czyli próba odpowiedzi na pytanie: czy Carpe Diem jest zespołem koncertowym?

Kiedy zastanawiamy się nad tym, z czego składa się aktywność muzyczna znakomitej większości zespołów czy wykonawców, bez trudu wymienilibyśmy działalność studyjną przejawiającą się głównie nagrywaniem płyt, działalność promocyjną, która obejmuje cały szereg mniej lub bardziej skomplikowanych operacji medialnych, takich jak udzielanie wywiadów, udział w przeróżnych widowiskach i programach TV, czatowanie w internecie, podpisywanie płyt w empikach, a także działalność w innych sektorach życia publicznego – akcje charytatywne, kampanie społeczne, aktorstwo, publicystyka. Łatwo zauważyć, iż wyliczając wszystkie te obszary, w których realizują się muzycy nie wymieniłam jednego, uważanego przez wielu za najważniejszy, mianowicie, działalność koncertową. Zastanówmy się teraz, co jest istotą działalności muzycznej, który z owych obszarów można uznać za najistotniejszy, a przynajmniej za warunek sine qua non (czyli konieczny, aczkolwiek niewystarczający) dla muzyki.

Pewnie zadacie sobie pytanie: czy ja nie mam aby ciekawszych i poważniejszych zajęć, niż zastanawianie się nad istotą muzyki, czy aby nie cierpię na nadmiar czasu. Po co komu zagłębiać się w ósme dno czegoś, co często nie wykracza poza swe pierwsze dno? Otóż, wypada mi się wytłumaczyć: oczywiście, mam wiele pilnych spraw, jednakże nie potrafię obojętnie przejść wobec zjawisk, które mnie nurtują bądź oburzają, dlatego też uzewnętrzniam moje przemyślenia próbując je usystematyzować. Poszukiwania Istoty rzeczy jest niewątpliwie sposobem na spojrzenie na daną kwestię w miarę obiektywnie i bez uprzedzeń.

Nie jesteście przekonani moim smętnym wywodem? Słusznie. Nie należy bowiem wierzyć teoretyzowanym pseudofilozoficznym dyskursom, zwłaszcza jeśli język ich przekracza dopuszczalne normy kwiecistości. Wracając jednak do tematu, spoglądając z uwagą na każdy z wyżej wymienionych aspektów działalności muzycznej, napotkamy na problem z jednoznacznym stwierdzeniem, który jest najważniejszy. Dla jednych bez wątpienia będzie to działalność studyjna, która jest przecież zewnętrznym przejawem procesu tworzenia muzyki, jest uzewnętrznieniem tego, co tworzy dany artysta. Trudno się z tym nie zgodzić, wielu nawet twórców ogranicza się tylko do wydawania płyt, rzadko pokazując się w mediach i grając koncerty, a jednak nie tracą tym absolutnie na wartości. Z drugiej jednak strony, działalność studyjna poddawana jest nieustannie bardzo ostrej krytyce: zaawansowana technika w studio, komputery i inne wynalazki rodem z filmów science-fiction pozwalają tak spreparować surowce (głos, warsztat wykonawcy, muzyków), iż zaczynamy mieć wątpliwości, czy dana płyta to twór człowieka czy maszyny. Poza tym płyta ma wszelkie znamiona nieautentyczności, by nie powiedzieć, sztuczności, można ją bowiem dopieścić do granic przyzwoitości (perfekcjonizm jest oczywiście w cenie), powstawała również w innych warunkach i czasie, niż jest odsłuchiwana. Także działalność medialna i promocyjna artystów bywa krytykowana: teledyski – bo sztampowe lub zbyt ekstrawaganckie jak na biedne polskie warunki; wywiady – bo pobrzmiewa z nich fałsz lub zbytnia pewność siebie; programy TV – bo ograniczają swobodę artystyczną, a nierzadko uderzają w niskie gusta odbiorców; imprezy charytatywne – bo często zamieniają się w festiwal próżności. Można by tak w nieskończoność wymieniać zarzuty, z jakimi spotykają się muzycy na swej drodze, jednakże odznacza się jeden obszar, który uznawany jest niezmiennie za ważny, wręcz konstytutywny dla muzyki. Koncerty.

Z pewnością większość z Was zgodzi się z powyższym stwierdzeniem na zasadzie dogmatu, spróbujmy jednak wymienić przyczyny i uzasadnić, dlaczego koncerty są tak istotne dla muzyki. Nie będzie to wbrew pozorom trudne. Po pierwsze, żyjemy w epoce plastiku, tektury, banału, blichtru i półproduktów, nic więc dziwnego, iż dążymy do autentyczności. W muzyce coraz częściej szukamy prawdy, o czym świadczy między innymi popularność hip-hopu. Gdzie odnajdziemy tę prawdę, autentyczność, jeśli nie na koncertach, podczas których muzyka wykonywana jest na żywo z wszystkimi tego konsekwencjami, takimi jak spontaniczność czy brak studyjnej perfekcji. Są za to prawdziwe emocje, klimat, niepowtarzalna koncertowa atmosfera zabawy i solidarności, wspólnoty, zwłaszcza jeśli chodzi o koncerty rockowe. Oczywiście, wielu z Was zaśmieje się z mojej ideologicznie nakręconej naiwności przypominając mi, że często przecież koncerty grane są z playbacku, a więc moja teoria podszyta prawdą jest do niczego. Niewątpliwie, macie rację, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, iż najczęściej to okoliczności wymuszają na artyście użycie playbacku, bowiem ma on do wyboru albo w ogóle nie wystąpić, albo zagrać z playbacku. Tak się dzieje podczas koncertów transmitowanych na żywo przez telewizję czy z racji innych warunków technicznych lub z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych, które grożą zamrożeniem strun głosowych czy palców. Łatwo jest nam potępić użycie playbacku, jeśli nie zrozumiemy, iż dla wykonawcy stanowi on również wyzwanie, musi bowiem idealnie „zgrać” swój występ sceniczny z głosem z płyty. Nie popadając jednak w przesadyzm, należy wspomnieć, że wielu wykonawców zwyczajnie playbacku nadużywa i posługuje się nim, gdy sytuacja tego nie wymaga.

Po drugie, koncert to przede wszystkim spotkanie artysty z publicznością, idola z fanami. Jest to o tyle szczególne zdarzenie, iż odbiorca ma szansę usłyszeć twórcę (lub odtwórcę) wykonującego swoje utwory tu i teraz, w niepowtarzalnej, jednostkowej, niemożliwej do powtórzenia interpretacji, bo nasączonej emocjami, nastrojami, nasączonej wyjątkowością sytuacji. Każdy, kto był na jakimkolwiek koncercie zrozumie, jak różni się ten sam utwór z płyty w wykonaniu koncertowym. Co więcej, publiczność nie tylko ma okazję usłyszeć i zobaczyć dany zespół czy wykonawcę na żywo, ale co ważniejsze, sama może wziąć udział w jego występie, jest jego częścią, tworzy go udzielając jednocześnie wykonawcy informacji zwrotnej. Bezpowrotnie minęły czasy ślepego bałwochwalstwa względem gwiazd muzyki i traktowania sceny niczym ołtarza. Dziś coraz częściej artyści są dostępni dla swoich fanów (oczywiście, nie wszyscy), dlatego też koncerty stanowią wspaniały pomost łączący ich z tymi, do których kierują swoją twórczość.

Nasuwa się wobec tego pytanie: czy zespół Carpe Diem jest zespołem koncertowym? Wbrew pozorom, nie jest to pytanie tendencyjne. Z jednej strony grają przecież bardzo dużo koncertów, w 2003 roku było ich ponad sto i, co znacznie bardziej istotne, doskonale sprawdzają się na koncertach, co potwierdzi każdy średnio spostrzegawczy obserwator, któremu zdarzyło się w takim koncercie uczestniczyć. Przede wszystkim, co godne podkreślenia, Szymon, Zbyszek, Piotrek, Karol i Jarek to profesjonaliści, którzy pod względem przygotowania technicznego, nagłośnienia za każdym razem wypadają rewelacyjnie, zwłaszcza na tle pseudoprofesjonalizmu wielu innych artystów. Jak to mówi dzisiejsza młodzież, w ich graniu nie ma żadnej ściemy, co w wolnym przekładzie oznacza, że ich muzyka i sposób jej prezentowania jest całkowicie autentyczny i zgodny, według wnikliwych obserwacji autorki niniejszego tekstu, z muzycznym i życiowym credo chłopaków. Rzuca się to w oczy zwłaszcza na scenie, na której szaleje zaangażowanie i, zaryzykuję stwierdzenie, przyjaźń, szczególnie w nowym składzie, w którym od lutego 2004 występuje zespół. Dobra atmosfera to nieodzowny element każdego koncertu Carpe Diem, która udziela się wszystkim, ponieważ panowie potrafią zadbać o samopoczucie i błogi nastrój publiczności (i to bez użycia jakichkolwiek środków chemicznych!). Koncerty Carpe Diem to nieustanny dialog z fanami, którzy bez stosowania gróźb i próśb ochoczo włączają się do zabawy. W tym, być może, tkwi cały patent: na koncerty, zwłaszcza te plenerowe w ramach festynów czy familijnych spendów przybywa publiczność zróżnicowana do granic przyzwoitości – od przedszkolaków po emerytów, od skejtów po metali, wielu z nich jest, mówiąc delikatnie, dość sceptycznie nastawiona do zespołu Carpe Diem lub ma mgliste pojęcie na jego temat. Tak naprawdę nie ma to jednak większego znaczenia, bowiem w miarę jak panowie grają kolejne utwory, większość zgromadzonych [oczywiście, nie wszyscy] wciąga się do zabawy, śpiewa, skacze, macha grzywami, jednym słowem, chwyta tę chwilę. Carpe Diem bardzo skutecznie zarażają swoją muzyką. Dowodów nie trzeba szukać daleko.

Nie przypominam sobie osobiście ani jednego koncertu, po którym uradowany tłum nie domagałby się licznych bisów i autografów. Zwykle po autograf ustawiają się kolejki, które z łatwością pobiłyby na długość te z najlepszych czasów PRL-u, a swą temperaturą przewyższyłyby saharyjski piasek. Pomimo zmęczenia a nierzadko drastycznych godzin nocnych chłopcy nigdy nie odmawiają nikomu możliwości zrobienia sobie zdjęcia czy zamienienia kilku słów, bo, jak mówi Szymon, publiczność jest na wagę złota. Pomyślicie pewnie, że stosunek do publiczności zmienia się odwrotnie proporcjonalnie do sukcesu, jaki dany artysta odnosi: im więcej płyt sprzedaje, tym większy dystans dzieli go od fanów, ale zapewniam, iż jest to tylko i wyłącznie kwestia szacunku do drugiego człowieka. Posłużę się kolejnym cytatem z Szymona: „Nadal jesteśmy normalnymi ludźmi. Dziwi mnie, że czasem ktoś, kto widzi mnie na ulicy, obawia się podejść i zagadać, bo widuje mnie w telewizji. Telewizja ma jakąś magię, ale nie może tworzyć bariery między artystą a słuchaczem. Jeżeli ktoś „gwiazdorzy” to znaczy, że mu zwyczajnie odbija. Najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć człowiekowi funkcjonującemu w mediach, to „woda sodowa”.”

Czy możemy więc podsumować cały ten wywód stwierdzeniem, iż Carpe Diem jest zespołem, który najlepiej i najpełniej realizuje się na koncertach? Wydaje mi się, że byłoby to znaczne uproszczenie i zdegradowanie, ponieważ członkowie zespołu są świetnymi muzykami i zarówno przy tworzeniu nowych utworów, jak i pracy w studio sprawdzają się znakomicie. Nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, iż ich koncerty należą do zdecydowanie pozytywnych przejawów muzycznej aktywności, mimo iż brak im fajerwerków, tańczących roznegliżowanych panienek, czy kostiumów od Arkadiusa. Jest za to spora dawka entuzjazmu, pasji, doświadczenia, otwartości oraz życzliwości dla słuchaczy i dużo bardzo dobrej muzyki. Nie zapomnę nigdy koncertu, którym na wrocławskim rynku upamiętniono dzień flagi polskiej, a na którym wystąpiła cała plejada gwiazd i gwiazdeczek, od Lady Pank i Róż Europy po Kowalskiego i Alex Janosz. Publiczność raczej nieprzychylnie lub w najlepszym wypadku obojętnie oceniała większość występów [poza, oczywiście, Lady Pank – powtórki z Sulejówka nie było:-)], spodziewałam się więc, że i Carpe Diem zostanie przyjęte chłodno. Ku mojemu zdumieniu, chłopakom udało się nie tylko wciągnąć do zabawy i rozruszać zgromadzonych, ale wręcz porwać wszystkim swoją wersją “Zegarmistrza światła”. Przykład ten to jeszcze jeden dowód na siłę, jaka drzemie w prawdziwej, wspaniale wykonanej muzyce.

Nie zamierzam odpowiadać na postawione wcześniej pytanie, bo, zgodzisz się ze mną, drogi Czytelniku, iż nie ma to kompletnie żadnego znaczenia. Ważne jest to, że w czasach, w których oficjalną doktryną jest kicz i chroniczne narzekactwo istnieją tacy artyści, jak Carpe Diem, którzy nie tylko potrafią zarażać swoją muzyką jak Al-Kaida wąglikiem, potrafią również połączyć ludzi we wspólnej zabawie. Mój przydługi i nudnawy artykuł z pewnością jednak nikogo nie przekonał. I bardzo dobrze, taki był bowiem mój cel! Chcę, abyście przekonali się sami, jak to jest z tymi koncertami i wybrali się na któryś z nich.

 

alge 15.06.2004

 

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"