|
|
|
Kilka
słów na temat komerchy... Telewizja
robi nam wodę z mózgów. Ludzie dają się zamykać na trzy miesiące w
domach, gdzie przez całą dobę kamery transmitują na cały kraj ich
poczynania, inni godzą się, kłócą, poszukują zaginionych przed laty stryjków
i dalekie kuzynki w telewizyjnym studio. Popularni piosenkarze lubią zaś
eksponować członków swych rodzin, zarówno tych nowo narodzonych jak i tych sędziwych,
a czasami już nieżywych... Wszystko to podane w kolorowym opakowaniu,
opatrzone głośnym dżinglem i natarczywą promocją. Jednym słowem –
komercha. Ten
przebrzydły efekt uboczny mediów, ta współczesna esencja kiczu i tandety,
lekkostrawna dla jednych, u innych powoduje alergię, nudności a nawet globus
histericus. Ci, którzy stoją na straży wysublimowanej kultury biją na alarm,
próbując w gorączkowych wysiłkach nawrócić motłoch na operę, II program
polskiego radia i “Tygodnik Powszechny”. Podam przykłady, które utkwiły
mi w pamięci w ostatnich dniach: program “Idol”, krytykowany przez
wszystkie środowiska z nim nie związane oberwał m.in. w tygodniku “Nie”
(nr artykuł “Idiolki”) oraz od samego Jurka Owsiaka. Jako niewinna ofiara
komercyjnego gwałtu, postanowiłam przemyśleć wszystkie aspekty programu
“Idol” i, co mi się rzadko zdarza, obiektywnie ocenić w nim zawartość
toksycznej komerchy. Prześledźmy
mechanizm “Idola” od strony widza, przeciętnego, złaknionego taniej
rozrywki Kowalskiego (z góry przepraszam wszystkich Kowalskich). Agresywna
promocja programu rozpoczęta na kilka miesięcy przed wyemitowaniem pierwszego
odcinka skłania owego Kowalskiego do obejrzenia kilku pierwszych programów.
Stado nieprawdopodobnie fałszujących kosmitów systematycznie mieszanych z błotem
przez jury może się podobać – w końcu każdy z nas lubi, gdy bliźniemu się
nie wiedzie. Telenowela niespodziewanie wciąga, a oprócz kosmitów zaczynają
pojawiać się ludzie umiejący śpiewać. W tym momencie, jakże kluczowym dla
żądnych naszej gotówki producentów, pojawia się zachęta – I Ty możesz
zostać jurorem – zagłosuj na swojego faworyta. Ani się biedny Kowalski
obejrzy, a już zaprzyjaźni się jeśli nie z całą finałową dziesiątką,
to przynajmniej z jej częścią, program bowiem sprzyja takiej wirtualnej
przyjaźni. Kowalski czuje się nie tylko współautorem sukcesu finalisty –
przecież na niego głosował! – ale również przeżywa z nim jego sukcesy i
porażki, przeżywa werdykty jury i moment, w którym ogłaszane są wyniki. Co
więcej, formuła programu sprzyja wszechogarniającemu poczuciu wspólnoty,
wzajemnej sympatii, przyjaźni a nawet miłości! Widzimy przecież naszych
Idoli w różnych sytuacjach: w domu, na zakupach, z rodzinami, widzimy, jak
dodają sobie otuchy, wspierają się. Jakże to różni ich – młodych,
jeszcze nie zepsutych, od starych wyjadaczy polskiego szołbiznesu, którzy z
byle powodu skaczą sobie do oczu! Czyż więc nie rozkoszujemy się tą idolową
sielanką? Sielanka
ta zdaje się nie mieć końca: po emocjonującym finale zaczyna się promocja
– singiel, teledysk, płyta, koncerty, płyty solowe. Wszystko to podane w iście
zapierającym dech w piersiach stylu – w mediach szum (oczywiście tylko w
tych zaprzyjaźnionych mediach:-), o którym każdy z polskich wykonawców mógłby
tylko pomarzyć... Ludzie kochają swoich Idoli. I
to jest błąd! Najbardziej
prawdopodobny scenariusz wygląda bowiem tak: skoro warunkiem sukcesu w naszym
pięknym kraju jest promocja w różnych jej odmianach (o czym dobrze wie Idol
Wiśniewski), gdy zamieszanie i promocja Idoli się skończy, odejdą oni w
zapomnienie. A trzeba przyznać, że promocja finalistów I edycji skończy się
niebawem, kiedy tylko Polsat znajdzie sobie jakieś nowe obiekty komercjalnej
rozpusty, wokół których zechce zbudować równie spektakularny szoł. Nie
wiem, kto to będzie – być może finaliści kolejnej edycji Idola, Debiutu,
Baru albo czegoś kompletnie nowego, faktem jest, że nikt już nie nakręci bożonarodzeniowego
koncertu z Idolami, nie wyemituje ich koncertu, bo za jakiś czas będą już
“nieświezi”, podczas gdy całej rzeszy Kowalskich najbardziej smakuje “świeże
mięso”. Trzeba przy tym pamiętać, że nawet obecna sytuacja Idoli nie jest
do pozazdroszczenia, są oni bowiem zdecydowanie niemile widziani przez media
publiczne, nie wspominając już o innych stacjach komercyjnych. W większości
osób z branży mają swoich wrogów: dla wszystkich Kaś, Justyn i Edyt są
poważnym zagrożeniem, dla wielu dziennikarzy i dj’ów są przegrani, bo
wywodzą się z Idola, reprezentującego totalną komerchę. Idole startują więc
z bardzo niekorzystnej pozycji, nie tylko za sprawą etykietki
polsatowsko-idolowej, ale również paradoksalnie, za sprawą popularności, jaką
mają obecnie. Można powiedzieć, że jak na polskie warunki, już na początku
swojej kariery są na najwyższym szczeblu popularności – ciągle obecni w
mediach, sprzedający dużo płyt, mający wsparcie ze strony jednej z największych
stacji telewizyjnych, dlatego też każde ich następne posunięcie, każda
kolejna próba rozwoju będzie interpretowana jako porażka (wystarczy wspomnieć
przykład Ali Janosz). Nawet jeśli będą realizować się muzycznie, całe środowisko,
które nastawione jest do nich nieprzychylnie, będzie starało się podkreślać
ich błędy, ich wpadki, co może w końcu spowodować wiele nieprzyjemnych
powikłań. Jak
więc będą wyglądać nasi dzisiejsi Idole za pięć lat? Czy ktoś z Was się
nad tym zastanawiał? My, ludzie, którzy dziś uważamy ich za swoich Idoli, którzy
słuchamy ich muzyki, będziemy niewątpliwie zupełnie inni – poważni,
zapracowani. Młodsi od nas będą mieli swoich własnych idoli – być może
finalistów siedemnastej edycji “Idola”, być może córkę Masłowskiej,
Xawcia Wiśniewskiego albo Jenny from the block (strach pomyśleć!). Kto będzie
pamiętał o Flincie, Wydrze, Janosz, Makowieckim? Czy uda im się utrzymać na
scenie, czy też pierwsze nagrane przez nich płyty będą ostatnimi? A może,
aby nie stracić popularności Flinta rozbierze się dla Playboya, Wydra pogodzi
się z ojcem w “Zerwanych więziach”, a Janosz publicznie wyzna, że chciałaby
stracić dziewictwo z Makowieckim??? Czy tak będzie? Wierzę, że nie. Co
zrobić, aby ten czarny scenariusz nie wyszedł poza sferę mojej bujnej wyobraźni?
Szczerze mówiąc, widzę jedno rozwiązanie. Pozwólmy Idolom przestać być
Idolami. Niech ucichnie krzyk komerchy, który nie daje im spokoju. Zapomnijmy o
“Idolu”. Dajmy im szansę, aby z Idoli stali się Artystami, aby pokazali,
że mogą nimi być bez pomocy kamer, makijażu, Kuby W. i spółki. Pozwólmy
im być muzykami, bo w tej dziedzinie mają nam z pewnością najwięcej do
zaoferowania. Bycie Idolem, to tylko skutek uboczny. Kończę
już moje kazanie. Zanim jednak wystukam na klawiaturze “amen”, chcę
powiedzieć, że zgadzam się z wszelkimi zarzutami pod adresem komerchy.
Paskudztwo, które zatruwa nasze biedne umysły. Ale sztuką jest w bezmiarze
komercyjnego gówna znaleźć dla siebie coś, co będzie tylko nasze, prawdziwe
i przez to wyjątkowe. Talent, głos, emocje? Nie skreślajmy więc Idoli z
zasady. Moim marzeniem jest, aby muzyka wreszcie zaczęła łagodzić obyczaje. No
to amen. Aha,
jeszcze jedno. Zanim po raz kolejny zasiądziecie do oglądania “Idola”,
wyjdźcie na spacer. Do lasu najlepiej albo do parku, jak nie macie lasu. Tam
zazwyczaj nie ma komerchy. Wszystkim nam dobrze to zrobi. alge
|
Reedycja płyty "Bezczas" CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie jesteś dziś" "Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak poemat" |