|
|
|
Gdzie jesteś dziś
Przeszłość to takie dziwne zjawisko, które buduje naszą teraźniejszość, bez którego dziś drwi z nas pustką, zwłaszcza jeśli to w przeszłości zostawiliśmy serce o jej bądź jego twarzy.
Od niedawna mamy możliwość
cieszyć się nowym utworem Szymona Wydry & Carpe Diem, „Gdzie jesteś dziś”,
zapowiadającym reedycję płyty „Bezczas”, warto więc byłoby przyjrzeć
się dokładnie owej piosence, która w „Bezczas” tchnie z całą pewnością
drugie życie. W tym miejscu jednak pojawia się problem – problem dla
recenzentki, która od pierwszego przesłuchania nowego utworu bezskutecznie
szuka słów, by wyrazić wszystkie te emocje, wygenerowane w zetknięciu z
kolejną odsłoną twórczości Carpe Diem. Wobec materii „Gdzie jesteś dziś”
czuję się bezradna, dotyka on bowiem tego, co chyba w wielu z nas tkwi jako
podświadome pragnienie szczęścia czy też nasze wyobrażenie o nim, nie o
temat jednak chodzi, lecz o sposób jego ujęcia, tak charakterystyczny dla
Carpe Diem, a jednocześnie na nowo zagłębiający się w najbardziej
newralgiczne punkty naszej sfery emocjonalnej, podobnie jak „Ty czy ja” bądź
„Bezczas”. Być może na tym powinnam mój wywód zakończyć, bo żadne słowa
nie zastąpią indywidualnego zbliżenia z tym utworem, jednakże spróbuję się
z nim zmierzyć ufając, że zrodzi się z tego nie tyle interpretacja, co
osobista i bardzo subiektywna refleksja. Temat stary jak świat,
można by rzec, przerzuty przez sztuki wszelakie do granic wytrzymałości:
przegrana miłość, zawinione rozstanie, świadomość krzywdy i nieodwracalności.
Łatwo więc, zważywszy na niemalejącą od wieków nośność i powtarzalność
tematu, popaść w rutyniarskie sklejanie frazesów do rymu, rodem z harlekinów
lub masowych wyciskaczy łez, które powielają schematy bazujące na
bezrefleksyjnej czułostkowości. Pisanie o miłości bowiem to w czasach
absolutnej i niepodzielnej władzy szybkich i lekkostrawnych przyjemności sport
ekstremalny, niczym spacerowanie nad przepaścią na cienkiej nitce, którą każdy
cięższy krok może zerwać, by na wieki wieków pogrzebać nas w czeluściach
bezkresnej tandety. Nie chodzi jednak o to, by za wszelką cenę unikać tematu,
który przecież nie przestaje nas fascynować, a co ważniejsze, dotyczyć albo
by silić się na oryginalność za wszelką cenę – jedynym zabiegiem
stylistycznym czy też kompozycyjnym, moim zdaniem, uprawomocniającym
podejmowanie tego właśnie wyzwania jest… brak jakichkolwiek zabiegów
stylistycznych, a jedynie autentyzm i szczerość przekazu. Nigdzie tak bardzo
nie razi fasadowość jak w utworach o miłości, zmieniając uczucia w
popkulturową karykaturę z sercem przebitym strzałą i tłuściutkimi amorkami
tuczonymi czekoladkami w kształcie tychże serc. „Gdzie jesteś dziś”
to utwór, w którym na pierwszy plan wysuwa się nastrój tworzony poprzez
subtelny mikroklimat rozmowy, rozmowy jednakże pozornej, bowiem całym jej tłem,
czy raczej motywem przewodnim jest brak osoby, do której autor kieruje swe słowa.
Mamy więc do czynienia z wyznaniem, które przez cały czas trwania utworu
ewoluuje stając się spowiedzią, nasączoną jednakże świadomością własnej
bezradności wobec nieobecności adresata, nieobecności tak samo bolesnej, jak
w „Bezczasie”, choć inny jest jej powód. Mur bez bram uniemożliwiający
choćby dotyk dłoni, bo nie ma już naszych gwiazd, choć żyjemy przecież pod
tym samym niebem. Wyznanie mężczyzny, pełne bólu, o którym mówi otwarcie,
oszczędzając nam rozdzierających scen emocjonalnych tortur i rozdrapywania własnych
ran, a jedynie zarysowując sytuację, w której się znajduje: „Nie skarżę się, bo po co I tak nie mam gdzie Choć noce wciąż
mijają mi Noc przechodzi w
dzień rażąc brakiem sensu, spowodowanym pustką po ukochanej osobie, której,
co warte podkreślenia, nie zabrał los, lecz to, w jaki sposób potraktował ją
autor słów: Przyznanie się do
winy, do wyrządzonej krzywdy, do kłamstw wymaga nie tyle odwagi, co pozbycia
się dumy, która okazuje się jednak niczym w obliczu tego uczucia, którego
nie zakończyło owe bolesne rozstanie. „Przegrałem”, mówi autor u w słowie
tym, tak autentycznie smutnym jest dramat nie tylko jego, ale i dwóch osób, bo
nie ma już nic, bo nie ma nas… Utwór ten w
najbardziej widocznej warstwie mówi o cierpieniu, mimo że brakuje w nim
typowego arsenału gadżetów rodem z koszmaru masochisty, odczuwamy wyraźnie
ten stan, nakreślony oszczędnymi obrazami o sugestywnym, bo znanym nam
wszystkim znaczeniu: “pamiętam jak trzasnęły drzwi”, „w gardle łzy”…
Tak naprawdę jednak utwór ten jest jedną z najpiękniejszych deklaracji tego,
co w miłości niewyrażalne, a co okazuje się najpełniej przemówić do nas właśnie
w kilku lakonicznych, jakby przez łzy, słowach: „z tobą odkryłem świat z nikim nie będzie
tak…” W tak niepozornych,
pozbawionych patosu i ornamentyki, odartych z pseudo-poetyckiej retoryki
wersach powiedzieć można wszystko, oddać całą istotę miłości, która
polega przecież na tym, by wspólnie odkryć świat, zrozumieć go dzięki tej
drugiej osobie, pokochać go w niej i przejść z nią przezeń, zachwycać się
światem w człowieku, którego kochamy i wypełnić go całą naszą miłością,
jakkolwiek banalnie to brzmi w zderzeniu z bezradnością świadomości, że
nikt nie jest i nie będzie w stanie zastąpić nam tej właśnie osoby.
Koncepcja iście romantyczna, zakodowana jednak w naszej nie dającej niczym się
zastąpić potrzebie odnalezienia tej drugiej, po platońsku, połówki, która
dopełni nasze istnienie. Muzycznie utwór ten
idealnie tworzy klimat wyznania, rozwijając się od delikatnego fortepianowego
wstępu, poprzez balladowe tony retorycznych pytań, aż po oskarżenie, jakie
autor stawia samemu sobie, emocjonalny wybuch żalu, pretensji, ale i nadziei,
że może „jeszcze ty i ja”, bo przecież miłość nigdy do końca nie
pozbawia nas najmniejszego choćby źródła wiary… Melodyjność utworu,
podkreślona bogatym instrumentarium i niezwykle delikatnym aranżem sprawia, iż
jego przekaz nabiera ogromnej mocy sprawczej, nie tyle wzruszając mechaniką
wspomnień, co skłaniając do refleksji nad tym, jaką cenę jesteśmy w stanie
zapłacić za miłość i za ból, nieodłącznego towarzysza tego z
najsilniejszych i najpiękniejszych uczuć, jakie dają nam poczucie człowieczeństwa.
Czy kochanie implikuje cierpienie? Czy może wybaczanie? Jak wiele jesteśmy w
stanie znieść, ile zaś poświęcić, by nie zaznać smaku samotnego snu? I
czy świadomość, co znaczy kochać i być naprawdę kochanym przychodzi
dopiero wtedy, gdy już stracimy tę osobę…? Odrywając się na
chwile od tych rozważań natury filozoficznej, zastanówmy się, jakim
zabiegiem artystycznym jest umieszczenie utworu o takiej właśnie tematyce na
krążku, który przeniósł punkt ciężkości na całkowicie inne sfery
ludzkiego życia? Mogło by się wydawać, że kompozycyjnie jest to zamach
terrorystyczny na spójność „Bezczasu”, wyłączając może „Wojnę
serc”, nieco przekorną i żartobliwą, jednakże, jeśli uważnie przyjrzymy
się temu, o czym traktuje zarówno ten album, jak i cała twórczość Carpe
Diem, zauważyć możemy pewną kontynuację. „Bezczas” to płyta osadzona,
jak sam tytuł mówi, w uniwersalistycznie pojmowanym spojrzeniu na człowieka,
którego próbuje zmusić do bezkompromisowości względem, przede wszystkim,
samego siebie i własnych słabości. Oferuje często trudne rozwiązania,
wymaga bardzo wiele, jest to jednak nieustający dialog z przyjacielem, kimś,
kto doświadcza naszych emocji i nie stawia się w pozycji mentora, tylko –
upominając, zachęcając, oczekując, broniąc, karząc i doradzając –
trzyma nas za rękę. Płyta ta pokazuje nam wiele naszych oblicz, dając każdemu
z nich pełnoprawność stanowienia o naszej osobowości, naszym szczęściu, do
którego sami dopisujemy kolejne zwrotki. Mamy prawo do strachu, jak w „Żołnierzu”,
do przeżywania naszego cierpienia w „Bezczasie”, mamy prawo cieszyć się z
każdego gestu i poddawać wszystko w wątpliwość. Mamy też nasze ludzkie
prawo, o czym pośrednio mówi „Gdzie jesteś dziś” do błędów w
bezgranicznej miłości, która, jeśli rozwieje nadzieję i już nie wróci, z
pewnością wzbogaci nas o kolejne doświadczenie, których „Bezczas” jest
niezaprzeczalną kroniką. To chyba tyle na tę
chwilę, choć o „Gdzie jesteś dziś” mogłabym pisać godzinami, bo jest
to jeden z takich utworów, których rytm steruje biciem mojego serca. Nie chciałabym
jednak go przegadać, tak więc wszystkich serdecznie zapraszam do słuchania
– myślę, że moc wrażeń gwarantowana:)
22.10.2006
|
Reedycja płyty "Bezczas" CD + DVD
06.11.2006
"Gdzie jesteś dziś" "Bezczas"
14.11.2005
"Życie jak poemat" |