Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Gdzie jest miejsce dla Idoli

 czyli siedem grzechów głównych polskiego szołbiznesu

Ostatnio, przeczytawszy kilka krytycznych artykułów oraz recenzji dotyczących programu „Idol”, zaczęłam zastanawiać się, jaki jest sens tego wszystkiego. Nie chodzi mi o sens życia, egzystencjalną niepewność człowieczego bytu, lecz o prozaiczną celowość polsatowskiego szołu. Wielkie medialne przedsięwzięcie, komercjalna rozpusta, ale czy coś poza tym? Szumne zapowiedzi, że „Idol” wstrząśnie polskim rynkiem muzycznym – czy zostały, czy zostaną zrealizowane?

Aby odpowiedzieć na te pytania, ale przede wszystkim, aby uzasadnić sens ich stawiania, spróbujmy prześledzić kilka, jakże typowych dla polskiego rynku muzycznego zjawisk, zwanych dalej „grzechami”, jako że w większości nie są one ani budujące, ani interesujące (a w muzyce nuda to grzech). Choć wszystkie moje obserwacje odnoszą się do konkretnych artystów, nie jest moim celem ich krytyka i obrażanie, ale pokazanie właśnie tego, co w ich twórczości jest niebezpiecznie banalne, schematyczne, nudne, głupie, kiczowate, itd.

1.      Wielcy nieobecni

Żadna szanująca się (i nieszanująca też) stacja radiowa nie wyemituje ich piosenki. Publicznie nikt nie przyzna się, że słucha ich muzyki, że zna teksty wszystkich ich przebojów, że ma w domu ich płytę. Ale faktem jest, że sprzedają najwięcej płyt w naszym kraju, nie schodzą z okładek wysokonakłądowych brukowców i że żadna wiejska zabawa ani dyskoteka w gimnazjum nie odbędzie się bez Ich Troje, Stachurskiego czy Łez. Ich produkcje to produkt masowego użytku, melodyjki opatrzone banalnymi tekścikami, które zapamięta każdy przedszkolak oraz statystyczny Kowalski. Cechuje ich również przerażająco niski poziom wokalny (jeśli ktoś oglądał polskie przedbiegi Eurowizji, wie o czym mówię), co nie przeszkadza tysiącom, setkom tysięcy a nawet milionom upajać się zgrabnie opakowaną i okraszoną odrobiną tandetnej sensacji papką. Wykorzystują to oczywiście menedżerowie owych „artystów”, jako że popyt na piosenki o Agnieszkach w męskich ubikacjach i sępach i typach niepokornych skończy się, gdy tylko pojawi się ktoś jeszcze bardziej szokujący, jeszcze mniej wymagający. Mam pomysł: może by tak utworzyć duecik dwóch czternastoletnich gejów rapujących po czesku... Świetnie się będą sprzedawać.

2.      Femmes fatales?

Kobiety polskiego rynku muzycznego nadają nowe znaczenie temu określeniu: są po prostu fatalne. Poza pewnymi wyjątkami, nie zachwycają ani swoim wokalem, ani profesjonalizmem. Nie mają gwiazdorskiej klasy, lecz gwiazdorskie maniery i zbyt wysokie mniemanie o sobie, choć nie ma ku temu żadnych powodów, od dawna bowiem nie okupują już czołowych miejsc na listach przebojów i w rankingach sprzedarzy płyt. Nieustannie natomiast okupują pierwsze strony tabloidów, w których opowiadają o swoich życiowych tragediach, nieszczęśliwych miłościach lub o tym, która margaryna jest lepsza, dorzucając do tego CD ze skromniutką kolekcyjką swoich największych przebojów. Pomieszkując w Londynach, Lizbonach czy w Stanach próbują robić międzynarodową karierę, choć przy wokalistkach z Zachodu wyglądają jak ubogie sieroty: manieryczne, płaczliwe, nieciekawe.

3.      Młodość to nie grzech?

Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje nam się oczywiste: młodość to przecież świeżość, energia, entuzjazm. Przyjrzyjmy się jednak najmłodszym polskim wykonawcom – kogóż można do nich zaliczyć? Kaję Paschalską, Maję Kraft, Alicja Bachleda-Curuś, Gabriela Fleszara, Bartka Wronę... Gdzież więc owa świeżość, porażający talent? Powielanie banalnych schematów, zero artystycznej autonomii, żadnych doświadczeń, na dobrą sprawę – żadnego komercyjnego sukcesu. Okazuje się tutaj, że młodość nie jest wcale atutem, wręcz przeciwnie, sprawia, że nie potrafią oni skorzystać z tkwiącego w nich potencjału.

4.      Dinozaury starsze i młodsze

Nastała moda na dinozaury, nie tylko w Polsce, ale właściwie na całym świecie. Niestety, o ile na Zachodzie te odgrzewane kotlety są przynajmniej apetycznie podane, to u nas, poza nielicznymi wyjątkami, powroty wyglądają żałośnie. Kultowi niegdyś wykonawcy powracają bowiem z banalnymi pioseneczkami nie najwyższych lotów z nadzieją, że znane nazwisko podziała na klientów sklepów muzycznych jak magnes, jakby nie do końca zdawali sobie sprawę, że od czasów ich świetności minęło już dobrych kilka lat – świat się zmienił, muzyka także nie stała w miejscu i dziś nie śpiewa się już o dmuchawcach i latawcach, autostopach, rydzach i kryzysowych narzeczonych. Trzeba – jak śpiewał Grzegorz Markowski – wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, tymczasem nasze rodzime „diozaury” chcą do końca życia odcinać kupony od swojej niegdysiejszej sławy... Występują więc jako gwiazdy na gminnych dożynkach, powiatowych festynach lub czekają, aż ktoś zaprosi ich do „Jaka to melodia”, by tam mogli wyjęczeć swój jedyny przebój.

5.      Sztuczni chłopcy, fałszywe dziewczęta

Jeśli ktoś sądzi, że pierwszym polskim boysbandem był T.Love lub De Mono, to się myli, ale kto pamięta dzisiaj o takich zespołach jak Just 5, Boom Box, Hi Street, Taboo, Orange czy De Su. Nawet najstarsi górale nie pamiętają, bo ich pseudokariera trwała zaledwie 5 sekund i kończyła się równie szybko jak się zaczęła. Efektem współpracy owych fonograficznych Frankensteinów była najczęściej jedna, słabiutka płyta, na której nie znalazł się ani jeden przebój i którą od dziś można kupić w każdym niemalże supermarkecie za 2.99 PLN. I nie ma się czemu dziwić – zabrakło nie tylko pomysłu na stworzenie dobrych zespołów, przede wszystkim zabrakło talentu, ale tak to bywa, gdy próbuje się naśladować to, co samo w sobie jest parodią. Pozostaje jedynie śpiewanie w chórkach u pana Janowskiego.

6.      Agropop

Chłopomania nie umarła wraz z Wyspiańskim – pod koniec stulecia powróciła jak zły duch w postaci Brathanków i Golec Orkiestry. Miastowi pokochali skoczne, pseudoludowe rytmy i udawaną góralską gwarę. Pokochały ich media, bo są nasi, polscy, lekkostrawni i dobrze się komponują pomiędzy „Na dobre i na złe” oraz „Śpiewającymi fortepianami”. Skąd wzięła się moda na tego rodzaju artystyczną manifestację? Zdaje się, że przywiózł ją do Polski, niczym bakcyl dżumy, pan Bregovic...

7.      Twarz polskiego underground’u

Pokazał ją, wbrew pozorom, kolega Marlon Kozaky w jednym z odcinków Idola i była to jego największa zasługa w tym programie. Jaki jest polski underground? Nastolatki grające w garażach, rozsypujące się domy kultury, kapele grające do kotleta gastronomiczne songi? Wśród nich znajduje się jednak wiele muzycznych perełek, autentycznych talentów, wspaniałych głosów, rewelacyjnych pomysłów, ambitnych produkcji, które jednak nigdy nie ujrzą światła dziennego, bo wytwórnie fonograficzne, zbyt zajęte promowaniem kolejnej płyty Ich Troje, nie wierzą w szanse powodzenia młodych artystów. Czy programy takie jak Idol są więc potrzebne?

Wnioski?

Myślę, że największym problemem naszego rynku muzycznego jest jego sztuczność: sztucznie generowane gwiazdy, układy, fasadowość, schematyzm. Jak niski poziom wokalny reprezentują nasze, tak zwane gwiazdy mogliśmy się przekonać podczas eliminacji do Eurowizji (abstrachując od jakości piosenek), gdzie regulamin zabrania śpiewać z playbacku – większość wykonawców ledwo wymęczyła 3-minutowe piosenki. Nie próbuję zakwestionować racji bytu żadnego polskiego wokalisty, wokalistki czy zespołu, pragnę jednak tylko, aby w finalistach Idola dostrzeżono równoprawnych muzyków, artystów, a nie tylko kolejne wcielenie telewizyjnych Muppetów, które raz w tygodniu bawią na swoim szoł. Rynek jest przesycony różnymi nieciekawymi propozycjami, dajmy więc szansę tym, którzy mają coś do powiedzenia. Każdy z finalistów ma bowiem coś do zaoferowania i z pewnością znajdzie wiernych fanów, których oczaruje swoją muzyką – nawet jeśli nie zdobędzie czołowych miejsc na listach przebojów. Nie o podbój list tutaj chodzi, ale o podbój serc...

Pytacie, po co nam oni? Moim zdaniem, znajdzie się u nas miejsce dla kilku dobrze śpiewających kobiet – dla kobiecej, ale i ostrej Eweliny Flinty, dla wirtuozki głosu – Ani Dąbrowskiej, dla soulowej Gosi Stępień i dla młodej, ale jakże utalentowanej, sympatycznej i wysokokalorycznej Alicji Janosz. Znajdzie się również miejsce dla śpiewających facetów – przede wszystkich dla Szymona Wydry, rockmana o przepięknej barwie głosu, Tomka Makowieckiego, który swoją płytą udowodnił, że jego największym atutem wcale nie jest wygląd i dla Mike Zawitkowskiego – lightowego Amerykańskiego chłopaka, który śpiewa niebanalnie... Znajdzie się jeszcze sporo miejsca dla takich zespołów jak Carpe Diem i Deszczowe Psy, których wokalistą jest (lub był) Szymon Wydra, jak Loch Ness, krórego gitarzystą jest sympatyczny heavymetalowiec z zasadami – Krzysiek Zalewski, jak Porthouse z charyzmatyczną wokalistką Agnieszką Szewczyk i jak Cisza, w której śpiewa Bartek Król, facet, który tylko przez przypadek nie dotarł do finału Idola. Znajdzie się miejsce dla Damiana Aleksandra, niekoniecznie polskiego Iglesiasa, dla Bartka Homa, którego pomysły i szołmeńska charyzma, ale również całkiem niezłe umiejętności wokalne mogą wkrótce zagrozić samemu Kubie W. (może jakiś mały talk show, np. HomSzoł albo TalkHom???) i Mariusza Totoszki, który zdecydowanie nie powinien marnować się sprzedając w sklepie... oraz dla Gosi Kunc, Marty Smuk i Hani Stach – choć każda z nich jest inna, każda kocha muzykę, a muzyka z pewnością kocha je...

I tylko od nas zależy, czy znajdą swoje miejsce na naszym rynku muzycznym...

Alge, 31.01.2003

 

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"