Menu

Główna
Nowe
Osoby
Historia
Muzyka
Obrazki
Teksty
Media
Prasa
Idee
Koncerty
Spotkania
Fanclub
Zabawki
Sznurki
Alge

Fan czy fanatyk?

Można pisać bardzo wiele o muzyce, o ludziach, którzy tworząc ją trafiają do naszych uszu, a czasami i serc stając się nierzadko naszymi idolami. Można zastanawiać się nad tym, dlaczego tak jest, można dyskutować o gustach, o tym co dobre, a co tandetne, ale czy komuś przyszło do głowy zapytać, po co to wszystko? Dlaczego ktoś miałby o tym pisać albo czytać, dlaczego w ogóle ktokolwiek zaprząta sobie głowę słuchaniem muzyki? Pytanie to na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie bez sensu, na drugi rzut też, ale jako blondynka z krwi i kości nie mogę przejść obok niego obojętnie.

Skąd w mojej głowie takie wątpliwości? Wokół muzyków, zwanych niekiedy gwiazdami tudzież idolami ciągle dużo szumu, powstają nawet specjalistyczne gazety zajmujące się pisaniem o nich, nie mówiąc już o stronach internetowych, w których roi się od najróżniejszego rodzaju informacji na temat owych osób. Niby wszystko w porządku, tak było zawsze, ale rodzi to we mnie pewien metafizyczny niepokój: co skłania ludzi, aby część swego życia, czasu, pieniędzy poświęcić zupełnie obcym osobom, które w jakiś tam sposób dotknęły nas swoją twórczością, najczęściej instrumentalno-wokalną. Nie mam tutaj bynajmniej na myśli jakiegoś marginalnego zjawiska, lecz bardzo powszechną instytucję, znaną pod nazwą FAN. Zapomnijmy więc na chwilę o idolach, o których i tak mówimy bardzo dużo i spójrzmy w drugą stronę. Spójrzmy na siebie (bo zakładam, że jeśli ktoś trafił na mój tekst, w pewnym sensie jest fanem kogoś lub czegoś).

Jako przyszły filolog postanowiłam sięgnąć do mądrych książek, by dowiedzieć się, co mają do powiedzenia na temat fanów. Otóż, dobierając się do tego słowa od strony etymologicznej, nietrudno zauważyć, że jest ono blisko spokrewnione ze straszliwym słowem fanatyk, co nasuwa już pierwsze wnioski. Nie uprzedzajmy jednak faktów: nim potępimy wszelkich fanów, przyjrzyjmy się im z bliska.

Jaki jest fan, każdy widzi. Nawet początkujący lub niedoszły socjolog wie, że w każdej populacji występuje gradacja cech, jakie charakteryzują jej członków; tak więc istnieją jednostki ponadprzeciętne, wybitne, ale również jednostki słabe, nieprzystosowane, mimo że największą część stanowią osobniki, zwyczajne, niewyróżniające się, przeciętne. Nie inaczej jest w populacji fanów: można spotkać osoby, która usłyszały w radiu piosenkę danego artysty i całe ich bycie fanem polega na tym, że potrafią ów utwór zidentyfikować; przeważającą grupą są zaś osobniki posiadające jakąś płytę danego wykonawcy, sporadycznie nawiedzające koncerty, przyswajające sobie od czasu do czasu jakieś informacje prasowe i telewizyjne, etc. Nieco mniej jest takich, którzy angażują część swych sił i energii, by pogłębić swoje zainteresowanie ulubionym wykonawcą: najczęściej są na bieżąco jeśli chodzi o fonograficzne uzewnętrznienia swego, nazwijmy go, idola, starają się bywać na koncertach w miarę możliwości, wesprą go smsem lub inną formą demokratycznie ujmowanego uwielbienia czy też docenienia danej osoby. Idąc dalej dochodzimy do wąskiej, ale jakże istotnej grupy fanów, a właściwie fanatyków, wśród których napotkać można zarówno ślepo zakochanych, gruppies, a nawet psychopatów. Owe ekstremalne jednostki za cel swojej egzystencji uważają umilenie życia swemu idolowi, co najczęściej odbierane jest jako fanatyzm lub inna patologia. Nie opuszczają żadnego koncertu w promieniu 300 km, posyłają prezenty, z których najskromniejszy to wydatek rzędu średniej krajowej płacy, zadręczają telefonami, listami, a nawet wizytami. Skąd bierze się ten fanatyzm, to temat na zupełnie inną rozprawę naukową, faktem jest jednak to, że zjawisko to nie może należeć do najprzyjemniejszych, szczególnie dla obiektów fascynacji.

W ostatnim, bliżej nie dającym się zdefiniować czasie, daje się zauważyć mały kryzys wartości na odcinku idol-fan. Nie da się ukryć, że sporą rolę odegrał tutaj program Idol, burząc dotychczasowe proporcje pomiędzy ustalonymi od niepamiętnych czasów zasadami. Dziś nazwać kogoś idolem to prawie tak, jakby obrzucić go wyzwiskiem, bo słowo to kojarzy się teraz przede wszystkim z paskudną komerchą, artystycznym niżem, fruwającymi nad sceną częściami bielizny i muzyczną miernotą. Każdy chciałby mówić o sobie „artysta”, choć tak naprawdę niewielu zasługuje na to miano. Podobnie sprawy mają się jeśli chodzi o fanów: w pewnych kręgach po prostu nie przystoi przyznać się do tego, że jest się czyimś fanem. Można słuchać płyt pani X, można jeździć na koncerty pana Y, można mieć nawet plakat na ścianie i zdjęcie pod poduszką, ale w żadnym wypadku nie należy być niczyim fanem, bo to obciach. W modzie jest natomiast sfrustrowana krytyka, marudzenie, narzekanie, że wokół kicz i tandeta, a prawdziwa muzyka umarła wraz z Cobainem i Riedlem. Słowo fan kojarzy się bowiem z dwunastolatkami stojącymi pod hotelem w niewiadomym celu.

Dlaczego tak jest?

Przyczyn pewnie jest sto tysięcy, ale ta, która jako pierwsza przychodzi mi do głowy to polityka niektórych stacji telewizyjnych, które wykreowały taki obraz fana, przy okazji robiąc z artystów fetysze dorastających panienek. Na ile w tym wszystkim jest miejsca dla muzyki, tego nie wiem, jednakże martwi mnie to, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

A ja sama niczego nie zmienię.

Jestem już na to za stara.

Przecież nie będę walczyć z całym światem.

Ale pomarzyć zawsze można:-)

To, co tak naprawdę jest istotą fanów, zawiera się w twórczości danego zespołu czy wykonawcy. Być fanem to słuchać i znaleźć w tym wszystkim miejsce dla siebie. Być fanem to szanować twórczość artystów, jednocześnie zachowując do nich dystans. Łatwo bowiem popaść w paranoję, którą nakręca oszałamiająca popularność, jaką może dzisiaj dać telewizja, trudniej jednak dostrzec w idolu człowieka, kogoś, kto nie ma przecież absolutnego monopolu na nieomylność, wielkość i inne tego typu cechy przypisywane idolom. Na pozór brzmi to patetycznie i banalnie, ale prawda jest taka, że bezmyślne uwielbienie i bezkrytyczny fanatyzm prowadzi do wielu rozczarowań i głośnych upadków. Mam więc małą prośbę do narodu: oszczędźmy sobie i innym niemiłych wrażeń i przykrych doświadczeń. Zostawmy naszym ulubionym artystom i sobie samym margines bezpieczeństwa, wolnego od fanatyzmu i gwiazdorstwa. Wtedy z pewnością staniemy się cenniejszymi słuchaczami, fanami. Bo czymże byliby artyści bez fanów...?

Alge (fanka zespołu Carpe Diem:-), 25.04.2003

 

Reedycja płyty "Bezczas"

CD + DVD

06.11.2006

"Gdzie jesteś dziś"

"Bezczas"

14.11.2005

"Życie jak poemat"