Bezczas
Recenzja „Bezczas” W teorii literatury istnieje pojęcie powieści totalnej, oznaczające powieść, która burzy ustalone reguły znanej nam rzeczywistości, jednocześnie tworząc własny, alternatywny i kompletny świat ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ja rozszerzyłabym owo pojęcie również na muzykę – istnieją, moim zdaniem, utwory totalne, które wyrywają rzeczywistość z korzeniami po to, by zrekonstruować ją w taki sposób, w jaki czuje artysta. Sądzę jednak, że warunkiem koniecznym, aczkolwiek niewystarczającym, by utwór taki ogarnął całość postrzegania świata przez odbiorcę, jest wspólnota odczuwania, przeżywania pewnych emocji, dlatego też dla każdego z nas inny kawałek stać się może utworem totalnym. W moim odczuciu, dwa utwory osiągnęły ten wymiar: pierwszym z nich jest „Żołnierz”, drugim „Bezczas”. Wielokrotnie słuchając, zastanawiając się nad „Żołnierzem”, stawiałam sobie pytanie: co decyduje o jego sile, w jaki sposób tworzy on mikrokosmos, który przez ponad 4 minuty sprawia, iż obiektywna rzeczywistość wydaje się odległa i bez znaczenia? Odpowiedź raczej nieporadna, bo siląca się na racjonalizm kazała mi niezmiennie widzieć przyczynę w absolutnej jedności muzyki, tekstu, wokalu, emocji, umiejętnie rozwijanego napięcia, które idealnie tworzą klimat odpowiadający uczuciom, o jakich mówi utwór. Nie o „Żołnierzu” dziś jednak mowa – otrzymaliśmy właśnie od zespołu zupełnie nowy utwór, o którym bez wątpienia mogę powiedzieć, iż wykracza on poza tradycyjnie pojmowane ramy piosenki, która o czymś mówi, do czegoś nawiązuje, ma przesłanie. Nie – ta piosenka ma moc sprawczą, bowiem na kilka minut wysyła w kosmos, laminuje rzeczywistość, by na chwilę przestała być istotna. Wielokrotnie zdarzyło mi się stwierdzić, iż tekstopisarstwo ma w sobie wystarczająco dużo pułapek, by zajmowali się tym jedynie ludzie o mocnych nerwach, łatwo bowiem w jednym krótkim tekście obficie nagrzeszyć. Główne niebezpieczeństwo, które czyha na tekściarzy, to przerost formy nad treścią lub całkowity brak treści, banalność, bełkot, nieadekwatność użytych środków z stosunku do zawartości. Dlaczego o tym mówię w kontekście „Bezczasu”? Otóż, jest to jeden z tych utworów, w których nie ma ani jednego zbędnego słowa, co więcej, w którym każde słowo nafaszerowane jest znaczeniami. Zdajemy sobie jednak sprawę, iż przy takim ładunku emocjonalnym bardzo łatwo można stracić równowagę i skręcić utworowi kark jakimiś górnolotnymi komunałami, zwłaszcza jeśli poruszany temat jest jednym z najbardziej eksploatowanych w kulturze, jednakże „Bezczas” niezwykle delikatnie dotyka owych kwestii, kreując oszczędne obrazy, operując bardziej ciszą i niedopowiedzeniem, niż krzykiem:
Chłód i cień Już czas na sen Zachód słońca żegna dzień I ścichł twój szept Twój wzrok też zgasł Wokół tylko cisza Styl taki, wyzbyty z krzykliwej ornamentyki i frazeologii maniakalno – depresyjnej pozwala na współodczuwanie, daje bowiem wrażenie szczerości. Utwór – jak wiele innych utworów Carpe Diem - ma charakter jednostkowego wyznania, bardzo wprawdzie intymnego, jednakże dla wielu z nas brzmiącego jak nasze własne myśli ubrane w słowa:
Znów jest zmierzch Bez gwiazd wśród łez Każda myśl to cierń Bo los z nas drwi Drwi z nas co dzień Jednym z najbardziej przejmujących momentów utworu są słowa: Mur bez bram Ja tu ty tam gdzieś po drugiej stronie nieba Pięć twych zdjęć I list, w nim wiersz Ciebie nie ma Utwory o śmierci, o tym, co pozostawia ona w tych, którzy zostają sami z przytłaczającą koniecznością życia, predestynowane są do tego, by powielać łzawe i konwencjonalne schematy, handlujące tanim wzruszeniem, częściej jednak wywołujące niesmak i wrażenie podpiętej ideologią tandety. Tutaj autor tekstu daleki jest od chęci wywołania wzruszenia: kreuje on jedynie obrazy, lekko zarysowane, w których przewija się nienazwana, ale doskonale wyczuwalna samotność. Okazuje się, że pustkę, brak nadziei, zwyczajną niezgodę na śmierć ukochanej osoby, można wyrazić słowami. Kulminacją utworu, w której napięcie dochodzi do najwyższego punktu, zdają się być słowa: Wciąż tak trwam z pustką sam na sam W beznadziei trwam Jak mam żyć Nie ma sensu nic Chcę do ciebie iść Wołanie, tym razem wyraźne i przejmujące: chcę do ciebie iść, bo gdy połowa życia umiera, druga w żaden sposób nie chce reanimować rzeczywistości wypełniając pustkę wspomnieniami, zdjęciami, listami, protezami szczęścia, które ranią serce unaoczniając pustkę. Miłość silniejsza od śmierci? A może śmierć silniejsza niż życie, które żywi się miłością? Bunt? Sprzeciw? A może bezsilność? Sądzę, że interpretacja nie może być narzucona ani zasugerowana, bowiem każdy z nas patrzy, odbiera ten utwór z perspektywy własnych doświadczeń. Pomóc nam w tym może muzyka, która idealnie podkreśla punkty ciężkości utworu i rozwija się do samego końca, spinając całą kompozycję klamrą ciszy. Podobnie jak ze słowami, nie zauważam tutaj ani jednego zbędnego dźwięku, każdy z nich, niczym cegły, budują szczelny mikroklimat „Bezczasu”, któremu największą jednak wyrazistość i najsilniejszy przekaz nadaje bez wątpienia wokal Szymona, oscylujący emocjonalnie między szeptem a krzykiem, będący jednak wciąż wyznaniem, w pełni uświadomionym koniecznością monologiem, na który odpowiedź jest tylko po tamtej stronie nieba... Z całą pewnością, „Bezczas” jest utworem wielowymiarowym, nie dającym się jednoznacznie określić ani zanalizować, bowiem za każdym razem towarzyszą mu inne odczucia, połączone wspólnym mianownikiem: mianowicie świadomością, iż jest ktoś, kto tak samo przeżywa i nie wstydzi się o tym mówić. Utwór ten nie ma jednak dla mnie właściwości kanalizujących uczucia, nie oczyszcza ze strachu, nie nabłyszcza nadziei na wysoki połysk, wręcz przeciwnie – spiętrza te uczucia, być może dla tego, iż „Bezczas” zbiegł się w czasie, a nawet wyprzedził rzeczywistość... Byłabym ostrożna jednak w nadawaniu mu jednej z etykietek: pozytywny bądź negatywny, optymistyczny lub pesymistyczny, bowiem każdy może odczytać go na swój sposób. Dla mnie osobiście niesie on czytelny przekaz, by ludzi nie odkładać na później, bo zwyczajnie może ich zabraknąć. Jeśli mieszkamy pod tym samym niebem, jeśli mamy komuś coś do powiedzenia, jeśli na kimś nam zależy, nie zostawiajmy tych uczuć na lepsze czasy – czasem wystarczy słowo, czasem telefon, jakakolwiek forma bliskości, by stworzyć komuś raj wbrew wszystkiemu... Być może jedyny raj, jaki będzie mu w tej wieczności dany... Dodana: czwartek, 14 lipca 2005 Recenzent: alge Wynik:      Odsłon: 5451
|