Oficjalny Serwis zespołu Szymon Wydra & Carpe Diem :: Żyj chwilą, ale nie cudzą... || 12 02 2012, godz. 05:12
↓ Do dołu ↓
 
» www.wydra.pl « Napisz do Szymona Promocja i koncerty: Management tel. 0 606 618 607
 
Zaloguj się
 

 Nazwa użytkownika

 Hasło

 Zapamiętaj mnie


Nie masz u nas konta?
[ Zarejestruj się ]

Nie pamiętasz hasła?
[ Odzyskaj hasło ]

 

Menu główne
   

Zobacz:
 

Kliknij
Polecamy!
 

Wybrane z galerii
   

Sport
 
Zespół Szymon Wydra & Carpe Diem kibicuje drużynie

RKS Radomiak Radom
 


Gdzie jesteś dziś


Przeszłość to takie dziwne zjawisko, które buduje naszą teraźniejszość, bez którego dziś drwi z nas pustką, zwłaszcza jeśli to w przeszłości zostawiliśmy serce o jej bądź jego twarzy.


 




Od niedawna mamy możliwość cieszyć się nowym utworem Szymona Wydry & Carpe Diem, „Gdzie jesteś dziś”, zapowiadającym reedycję płyty „Bezczas”, warto więc byłoby przyjrzeć się dokładnie owej piosence, która w „Bezczas” tchnie z całą pewnością drugie życie. W tym miejscu jednak pojawia się problem – problem dla recenzentki, która od pierwszego przesłuchania nowego utworu bezskutecznie szuka słów, by wyrazić wszystkie te emocje, wygenerowane w zetknięciu z kolejną odsłoną twórczości Carpe Diem. Wobec materii „Gdzie jesteś dziś” czuję się bezradna, dotyka on bowiem tego, co chyba w wielu z nas tkwi jako podświadome pragnienie szczęścia czy też nasze wyobrażenie o nim, nie o temat jednak chodzi, lecz o sposób jego ujęcia, tak charakterystyczny dla Carpe Diem, a jednocześnie na nowo zagłębiający się w najbardziej newralgiczne punkty naszej sfery emocjonalnej, podobnie jak „Ty czy ja” bądź „Bezczas”. Być może na tym powinnam mój wywód zakończyć, bo żadne słowa nie zastąpią indywidualnego zbliżenia z tym utworem, jednakże spróbuję się z nim zmierzyć ufając, że zrodzi się z tego nie tyle interpretacja, co osobista i bardzo subiektywna refleksja.


Temat stary jak świat, można by rzec, przerzuty przez sztuki wszelakie do granic wytrzymałości: przegrana miłość, zawinione rozstanie, świadomość krzywdy i nieodwracalności. Łatwo więc, zważywszy na niemalejącą od wieków nośność i powtarzalność tematu, popaść w rutyniarskie sklejanie frazesów do rymu, rodem z harlekinów lub masowych wyciskaczy łez, które powielają schematy bazujące na bezrefleksyjnej czułostkowości. Pisanie o miłości bowiem to w czasach absolutnej i niepodzielnej władzy szybkich i lekkostrawnych przyjemności sport ekstremalny, niczym spacerowanie nad przepaścią na cienkiej nitce, którą każdy cięższy krok może zerwać, by na wieki wieków pogrzebać nas w czeluściach bezkresnej tandety. Nie chodzi jednak o to, by za wszelką cenę unikać tematu, który przecież nie przestaje nas fascynować, a co ważniejsze, dotyczyć albo by silić się na oryginalność za wszelką cenę – jedynym zabiegiem stylistycznym czy też kompozycyjnym, moim zdaniem, uprawomocniającym podejmowanie tego właśnie wyzwania jest… brak jakichkolwiek zabiegów stylistycznych, a jedynie autentyzm i szczerość przekazu. Nigdzie tak bardzo nie razi fasadowość jak w utworach o miłości, zmieniając uczucia w popkulturową karykaturę z sercem przebitym strzałą i tłuściutkimi amorkami tuczonymi czekoladkami w kształcie tychże serc.


„Gdzie jesteś dziś” to utwór, w którym na pierwszy plan wysuwa się nastrój tworzony poprzez subtelny mikroklimat rozmowy, rozmowy jednakże pozornej, bowiem całym jej tłem, czy raczej motywem przewodnim jest brak osoby, do której autor kieruje swe słowa. Mamy więc do czynienia z wyznaniem, które przez cały czas trwania utworu ewoluuje stając się spowiedzią, nasączoną jednakże świadomością własnej bezradności wobec nieobecności adresata, nieobecności tak samo bolesnej, jak w „Bezczasie”, choć inny jest jej powód. Mur bez bram uniemożliwiający choćby dotyk dłoni, bo nie ma już naszych gwiazd, choć żyjemy przecież pod tym samym niebem. Wyznanie mężczyzny, pełne bólu, o którym mówi otwarcie, oszczędzając nam rozdzierających scen emocjonalnych tortur i rozdrapywania własnych ran, a jedynie zarysowując sytuację, w której się znajduje:


„Nie skarżę się, bo po co


I tak nie mam gdzie


Choć noce wciąż mijają mi


Jak ciężki sen, jak słaby film”


Noc przechodzi w dzień rażąc brakiem sensu, spowodowanym pustką po ukochanej osobie, której, co warte podkreślenia, nie zabrał los, lecz to, w jaki sposób potraktował ją autor słów:


„Sam nie wiem, co napadło mnie


Kolejny raz zraniłem cię”


Przyznanie się do winy, do wyrządzonej krzywdy, do kłamstw wymaga nie tyle odwagi, co pozbycia się dumy, która okazuje się jednak niczym w obliczu tego uczucia, którego nie zakończyło owe bolesne rozstanie. „Przegrałem”, mówi autor u w słowie tym, tak autentycznie smutnym jest dramat nie tylko jego, ale i dwóch osób, bo nie ma już nic, bo nie ma nas…


Utwór ten w najbardziej widocznej warstwie mówi o cierpieniu, mimo że brakuje w nim typowego arsenału gadżetów rodem z koszmaru masochisty, odczuwamy wyraźnie ten stan, nakreślony oszczędnymi obrazami o sugestywnym, bo znanym nam wszystkim znaczeniu: “pamiętam jak trzasnęły drzwi”, „w gardle łzy”… Tak naprawdę jednak utwór ten jest jedną z najpiękniejszych deklaracji tego, co w miłości niewyrażalne, a co okazuje się najpełniej przemówić do nas właśnie w kilku lakonicznych, jakby przez łzy, słowach:


„z tobą odkryłem świat


z nikim nie będzie tak…”


W tak niepozornych, pozbawionych patosu i ornamentyki, odartych z pseudo-poetyckiej  retoryki wersach powiedzieć można wszystko, oddać całą istotę miłości, która polega przecież na tym, by wspólnie odkryć świat, zrozumieć go dzięki tej drugiej osobie, pokochać go w niej i przejść z nią przezeń, zachwycać się światem w człowieku, którego kochamy i wypełnić go całą naszą miłością, jakkolwiek banalnie to brzmi w zderzeniu z bezradnością świadomości, że nikt nie jest i nie będzie w stanie zastąpić nam tej właśnie osoby. Koncepcja iście romantyczna, zakodowana jednak w naszej nie dającej niczym się zastąpić potrzebie odnalezienia tej drugiej, po platońsku, połówki, która dopełni nasze istnienie.


Muzycznie utwór ten idealnie tworzy klimat wyznania, rozwijając się od delikatnego fortepianowego wstępu, poprzez balladowe tony retorycznych pytań, aż po oskarżenie, jakie autor stawia samemu sobie, emocjonalny wybuch żalu, pretensji, ale i nadziei, że może „jeszcze ty i ja”, bo przecież miłość nigdy do końca nie pozbawia nas najmniejszego choćby źródła wiary… Melodyjność utworu, podkreślona bogatym instrumentarium i niezwykle delikatnym aranżem sprawia, iż jego przekaz nabiera ogromnej mocy sprawczej, nie tyle wzruszając mechaniką wspomnień, co skłaniając do refleksji nad tym, jaką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za miłość i za ból, nieodłącznego towarzysza tego z najsilniejszych i najpiękniejszych uczuć, jakie dają nam poczucie człowieczeństwa. Czy kochanie implikuje cierpienie? Czy może wybaczanie? Jak wiele jesteśmy w stanie znieść, ile zaś poświęcić, by nie zaznać smaku samotnego snu? I czy świadomość, co znaczy kochać i być naprawdę kochanym przychodzi dopiero wtedy, gdy już stracimy tę osobę…?


Odrywając się na chwile od tych rozważań natury filozoficznej, zastanówmy się, jakim zabiegiem artystycznym jest umieszczenie utworu o takiej właśnie tematyce na krążku, który przeniósł punkt ciężkości na całkowicie inne sfery ludzkiego życia? Mogło by się wydawać, że kompozycyjnie jest to zamach terrorystyczny na spójność „Bezczasu”, wyłączając może „Wojnę serc”, nieco przekorną i żartobliwą, jednakże, jeśli uważnie przyjrzymy się temu, o czym traktuje zarówno ten album, jak i cała twórczość Carpe Diem, zauważyć możemy pewną kontynuację. „Bezczas” to płyta osadzona, jak sam tytuł mówi, w uniwersalistycznie pojmowanym spojrzeniu na człowieka, którego próbuje zmusić do bezkompromisowości względem, przede wszystkim, samego siebie i własnych słabości. Oferuje często trudne rozwiązania, wymaga bardzo wiele, jest to jednak nieustający dialog z przyjacielem, kimś, kto doświadcza naszych emocji i nie stawia się w pozycji mentora, tylko – upominając, zachęcając, oczekując, broniąc, karząc i doradzając – trzyma nas za rękę. Płyta ta pokazuje nam wiele naszych oblicz, dając każdemu z nich pełnoprawność stanowienia o naszej osobowości, naszym szczęściu, do którego sami dopisujemy kolejne zwrotki. Mamy prawo do strachu, jak w „Żołnierzu”, do przeżywania naszego cierpienia w „Bezczasie”, mamy prawo cieszyć się z każdego gestu i poddawać wszystko w wątpliwość. Mamy też nasze ludzkie prawo, o czym pośrednio mówi „Gdzie jesteś dziś” do błędów w bezgranicznej miłości, która, jeśli rozwieje nadzieję i już nie wróci, z pewnością wzbogaci nas o kolejne doświadczenie, których „Bezczas” jest niezaprzeczalną kroniką.


To chyba tyle na tę chwilę, choć o „Gdzie jesteś dziś” mogłabym pisać godzinami, bo jest to jeden z takich utworów, których rytm steruje biciem mojego serca. Nie chciałabym jednak go przegadać, tak więc wszystkich serdecznie zapraszam do słuchania – myślę, że moc wrażeń gwarantowana:)


22.10.2006


Dodana:   niedziela, 22 października 2006
Recenzent:  alge
Wynik:
Odsłon: 3524

  

[ Powrót do listy ]


Wysłany przez Marycha opublikowano 22 10 2006 - 20:09
Moja ocena:
Zamieszczone na stronie znaki towarowe i loga graficzne są własnością ich autorów. Strona powstała w systemie MDPro
Wykonanie oraz dodatkowe kodowanie - Marek Kusak (Maro) - 2004. Projekt Logo CD - Bartłomiej Katana, obróbka graficzna - Maro. Współpraca Anna Kęsek (Alge)